20 kwietnia 2024

Konflikt? O tym, co naprawdę różnicuje środowisko lekarskie

Teza o konflikcie pokoleniowym w samorządzie lekarskim jest nośna i łatwa do zrozumienia, ale naciągana. Faktem są coraz poważniejsze różnice międzypokoleniowe wśród lekarzy, ma to jednak niewiele wspólnego z wyborami do izb – pisze Mariusz Tomczak.

Foto: pixabay.com

Głosy o nabrzmiewającym konflikcie pokoleniowym w samorządzie lekarskim pojawiły się na długo, zanim doszło do XV Krajowego Zjazdu Lekarzy w maju br. Mówiono o nadchodzącej rywalizacji dwóch obozów wykreowanych w oparciu o numer PESEL.

O rząd dusz delegatów walczyli przedstawiciele młodych lekarzy, często określanych mianem rezydentów, choć część z nich od kilku lat ma już dyplomy specjalistów, i działaczy starszych pokoleń. Dychotomiczne myślenie, niedopuszczające do żadnego „pomiędzy”, udzieliło się niektórym reprezentantom środowiska lekarskiego. Podobne opinie formułowała część dziennikarzy i publicystów.

Samorząd to jego członkowie

Po tym, gdy w czasie XV KZL prezesem NRL został wybrany 35-letni Łukasz Jankowski, zastępując 68-letniego prof. Andrzeja Matyję, niektórzy ogłosili, że w samorządzie dokonała się zmiana pokoleniowa. Media rozpisywały się o wygranej „eksrezydenta” z Warszawy. Niektórzy snuli analogię do 1993 r., gdy trzydziestokilkuletni dr Krzysztof Madej zastąpił prezesa I kadencji prof. Tadeusza Chruściela.

To prawda, że obecny prezes NRL jest znacznie młodszy od swojego poprzednika. Prawdą jest jednak i to, że samorząd zawodowy lekarzy i lekarzy dentystów stanowią, zgodnie z ustawą o izbach lekarskich, członkowie izb, a nie tylko prezes. Obecnie ich liczba przekracza 200 tys. (wg danych Centralnego Rejestru Lekarzy RP).

Wątpliwa teza

Wprawdzie średnia wieku członków Naczelnej Rady Lekarskiej IX kadencji jest niższa niż w trakcie minionych czterech lat, ale w składzie Rady i Prezydium NRL są nie tylko rezydenci i świeżo upieczeni specjaliści, co podaje w wątpliwość tezę o podziale środowiska lub władz samorządu wyłącznie lub przede wszystkim według daty urodzenia.

Gdyby bliżej przyjrzeć się metrykom członków okręgowych rad lekarskich i prezydiów ORL, wyłonionych kilka miesięcy temu, widać, że w porównaniu z poprzednią kadencją zasiada w nich więcej młodszych lekarzy, ale trudno byłoby obronić tezę, że starsze pokolenia znalazły się na bocznym torze.

Młodzi też się (ze)starzeją

Z upływem czasu młodzi lekarze stają się pokoleniem średnim, aż w końcu przybędzie im tyle lat, że zaczną określać siebie jako „młodych duchem”, bo metrykalnie przynajmniej jedną nogą będą częścią innej generacji. Świetną egzemplifikacją tego procesu jest były prezes ORL w Częstochowie Zbigniew Brzezin, delegat na KZL od I kadencji i jedyny członek NRL zasiadający w niej nieprzerwanie od 1989 r. Kiedy niedawno zapytałem, jak wspomina tamte czasy, uśmiechnął się, mówiąc, że dostał ksywę „Młody”. No właśnie, za dwie-trzy dekady obecni młodzi lekarze staną się „młodzi duchem”.

Działalność w samorządzie lekarskim to sztafeta pokoleń. Wśród najstarszych delegatów na OZL i KZL nie brakuje osób pamiętających starania o reaktywowanie samorządności i uchwalenie ustawy o izbach lekarskich w 1989 r. (doszło do tego jeszcze w PRL), a tymczasem w działalność samorządową angażują się coraz liczniej lekarze, którzy urodzili się po transformacji ustrojowej (w III RP) i słusznie minione czasy znają z opowieści rodziców, podręczników historii czy filmów w serwisie YouTube. Ten ostatni jest znany chyba każdemu młodszemu medykowi, ale niektórym najstarszym osobom ta nazwa nic nie mówi. Przypadek? Nie.

Zmiana pokoleniowa

Zmiana może mieć charakter nagły i niespodziewany, ale może być również rozciągnięta w czasie. Zmiana pokoleniowa nie jest wydarzeniem krótkotrwałym czy jednorazowym, lecz stanowi raczej proces. Środowisko lekarskie nie jest pod tym względem wyjątkowe. Z jednej strony każdego roku PWZ otrzymują kolejni adepci medycyny. Niektórzy od razu rzucają się w wir działalności samorządowej. Z drugiej – z biegiem czasu bardziej doświadczeni działacze przestają aktywnie pracować na rzecz izb lekarskich.

Powody są różne: bo zdrowie im na to nie pozwala, bo – jak mówią – przyszedł „czas na młodych”, bo nie przekonali do swojej kandydatury wystarczającej liczby delegatów, bo byli już we władzach ORL lub NRL i szukają nowych wyzwań, bo chcą przejść na autentyczną emeryturę, bo odchodzą na wieczny dyżur…

Różnice międzygeneracyjne

W środowisku lekarskim, tak jak wśród nielekarskiej reszty społeczeństwa, wyraźnie uwidaczniają się różnice międzygeneracyjne. Znacznie trafniej oddają one zróżnicowanie tej grupy zawodowej niż opinia o konflikcie wyborczym dwóch obozów: „młodych” i „starych”. Z socjologicznego punktu widzenia odmienności międzypokoleniowe dotyczą nie tylko kwestii obyczajowych i dyskusji o tym, co wypada, a co nie. To dużo bardziej złożona materia. Stanowią naturalną konsekwencję dorastania i wkraczania w dorosłe życie w różnych czasach, bycia świadkami innych wydarzeń politycznych, doświadczania innego kontekstu gospodarczego…

Czynniki zewnętrzne kształtują postawy mogące wpływać na kolejne pokolenia, tworząc wspólną tożsamość lub przyczyniając się do budzenia wspólnej świadomości. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że gospodarka niedoboru zgoła inaczej oddziałuje niż życie w świecie nadmiaru i promocji konsumpcji. Starsi lekarze nie raz widzieli w sklepach tylko sól, musztardę i ocet, najmłodsi nie potrafią sobie tego nawet wyobrazić.

Faktyczna oś podziału

Odmienność doświadczeń może wpływać na system wartości, co przekłada się na rynek pracy. Widać to wyraźnie w zakresie kompetencji cyfrowych, co, jak się wydaje, zacznie przybierać na sile w kolejnych latach. Pojawiają się opinie, że znajomość nowoczesnych technologii i skłonność do ich wykorzystywania to jedna z najważniejszych osi różnicujących funkcjonujące dziś pokolenia.

W wielu dziedzinach życia toczy się walka tych, którym nie podoba się cyfrowy świat lub nie do końca potrafią się w nim odnaleźć, marzących o powrocie do status quo ante, z tymi, którzy żądają jeszcze więcej e-technologii. Ci ostatni odsądzają starsze pokolenia od czci i wiary, uznając ich za strażników analogowego porządku. Pandemia, przyspieszając dokonanie się zmian w kierunku wszystkiego, co online, tylko to pogłębiła. Sektor medyczny pod tym względem nie jest wyjątkowy.

Kto jest na rynku pracy?

Na rynku pracy, także w ochronie zdrowia, obecni są przedstawiciele kilku pokoleń. Ich nazwy często najpierw pojawiały się w artykułach prasowych, ale przeniknęły do dyskursu naukowego. Przyjęły się m.in. w literaturze socjologicznej. Bodaj najstarszym pokoleniem aktywnym zawodowo są osoby urodzone między 1928 a 1945 r. Określa się ich mianem cichego pokolenia (ang. silent generation).

Nazwę zawdzięczają temu, że byli nieskorzy do buntu, co zdaniem wielu badaczy wynikało z trudnych czasów, w którym przyszło dorastać im i ich rodzicom (II wojna światowa, a wcześniej wielki kryzys obejmujący swym zasięgiem prawie wszystkie kraje świata). Jest to pokolenie przywiązane do stałych wartości i ma silnie zakorzeniony etos pracy.

Boomersi i pokolenie X

Pokolenie baby boomers (ang. baby boom) przyszło na świat w latach 1946-1964 na fali powojennego wyżu demograficznego. Wielu na co dzień korzysta z komputerów i smartfonów, zarówno w pracy, jak i w domu, ale nie tak często i nie tak chętnie, jak osoby młodsze. Nie powinno to dziwić, ponieważ komputery osobiste upowszechniły się dopiero, gdy byli w dorosłym wieku. Dla boomersów ważną wartość w życiu stanowi poczucie bezpieczeństwa. Cenią stabilizację i jasną ścieżkę kariery. Nie zmieniają pracy jak rękawiczek i krytykują młodsze pokolenia za to, że ich zdaniem nie zawsze poważnie podchodzą do wypełniania obowiązków zawodowych.

Dziećmi boomersów jest pokolenie X, czyli osoby urodzone w latach 1965- 1979. Podobnie jak ich rodzice, kładą duży nacisk na stabilizację zawodową i lojalność wobec pracodawcy, ale trochę mniej od nich cenią hierarchię. Dla przedstawicieli tego pokolenia praca jest wartością samą w sobie. Zdaniem badaczy to ostatnia generacja, dla której podstawową formą komunikacji jest kontakt twarzą w twarz.

Pokolenie Y, czyli milenialsi

Pokolenie Y, nazywane igrekami lub milenialsami, to osoby urodzone między rokiem 1980 a 2000. Dorastali w świecie coraz mocniej przepełnionym elektroniką. Uznawani są za bardziej otwartych i skłonnych do zmian niż przedstawiciele poprzednich generacji. W polskich realiach mają odmienne doświadczenie pokoleniowe niż osoby starsze – nie pamiętają stanu wojennego, nieliczni przez mgłę kojarzą puste półki sklepowe stanowiące nieodłączny element PRL, odczuwają konsekwencje przyspieszenia procesów globalizacyjnych i przystąpienia Polski do UE, cieszą się swobodą podróżowania po przystąpieniu do strefy Schengen.

W pracy pokolenie Y różni się od innych generacji. Częściej niż boomersi stawia na rozwój, a nie na szybką karierę. Dążą do równowagi między życiem zawodowym i prywatnym. Nie chcą, by praca ich ograniczała. Stereotypowo przyjmuje się, że nie cenią stabilnego, wieloletniego zatrudnienia tak jak osoby od nich starsze. Nierzadko mają nierealistyczne oczekiwania wobec pracodawców, a przynajmniej tak określa to wielu badaczy. Przełożonych często traktują jak równych sobie pracowników, ale z szerszymi kompetencjami. Nie zawsze są więc pokornymi wyznawcami relacji mistrz-uczeń, a część wobec niej otwarcie się buntuje.

Przebojowi rezydenci

To milenialsi wywodzący się z kręgów związanych z Porozumieniem Rezydentów, którzy przebojem wdarli się do życia publicznego po rozpoczęciu protestu głodowego w 2017 r. Liderzy tej organizacji zaczęli przyćmiewać wielu starszych i utytułowanych lekarzy swoją obecnością w mediach tradycyjnych i cyfrowych.

Protestujący rezydenci jak mantrę powtarzali, że nie szukają kompromisu i nie są zainteresowani rozmowami ciągnącymi się w nieskończoność, ale po prostu żądają uwzględnienia ich punktu widzenia i wcielenia w życie postulatów. Politycy i urzędnicy z Ministerstwa Zdrowia mieli się podporządkować, a nie mydlić im oczy. Koniec i kropka.

Socjologia daje (p)odpowiedź

Socjologiczna charakterystyka różnych generacji daje liczne podpowiedzi, dlaczego protest rezydentów okazał się brzemienny w skutkach i doprowadził do wywalczenia podwyżek wynagrodzeń. Pomogło m.in. to, że znaczną część odbiorców mediów, tak jak dziennikarzy, stanowili ich rówieśnicy, tzn. milenialsi. Nie dość, że w lot łapali postulaty rezydentów, a z wieloma się szczerze identyfikowali, to na dodatek tłumaczyli je rodzicom i dziadkom. W środowisku lekarskim przedstawiciele Porozumienia Rezydentów chyba najsilniej zakwestionowali przekonanie, że po wyborze medycyny trzeba się liczyć z nadgodzinami i, tak jak starsze koleżanki i koledzy, pracować po 300 h w miesiącu, będąc gościem we własnym domu.

Oczywiście nie byli pierwsi z tym przekazem, ale to oni zdołali pozyskać sympatię znacznej części opinii publicznej, mówiąc, że lekarz to też człowiek i ma prawo do życia prywatnego. Nie wszyscy przedstawiciele pokolenia baby boomers i pokolenia X byli zachwyceni działaniami rezydentów milenialsów. Nie tak odosobnione były opinie, że „głodówka nie przystoi lekarzom”. Pojawiła się krytyka, że nie mają jeszcze dyplomu specjalisty, a ostentacyjnie komunikują klasie politycznej i opinii publicznej, że chcą zarabiać więcej i pracować mniej (bo przecież m.in. o to chodziło w hasłach: „chcemy leczyć godnie” czy „jeden lekarz – jeden etat”).

Cyfrowi tubylcy

Powoli na rynek pracy, także w ochronie zdrowia, wkracza kolejna generacja. Niezależnie od tego, czy przyjmiemy, że do pokolenia Z należą osoby urodzone po 1995 r. (jak mówią jedni), czy po 1990 r. (jak twierdzą inni), pewne jest coś innego – wychowali się w świecie pełnym nowoczesnych technologii. Od dziecka obcują z internetem i aplikacjami mobilnymi. Niezależnie od statusu społecznego i poziomu zamożności, chyba wszyscy posiadają smartfony. Mówi się, że zoomerzy to cyfrowi tubylcy (ang. digital native).

Osoby należące do pokolenia Z już wykonują zawód lekarza i lekarza dentysty. Przez to, że są zanurzone w cyfrowym świecie, jeszcze wyraźniej widzą anachroniczność licznych rozwiązań stosowanych w publicznej ochronie zdrowia. W ostatnich latach nasze życie zmieniło się za sprawą wszechobecnej cyfryzacji, a w wielu szpitalach publicznych nie brakuje miejsc, gdzie czas tak jakby się zatrzymał. Niektórzy do niedawna w ogóle nie znali świata analogowego, ale gdy rozpoczęli staż lub rezydenturę, przekonali się, że on istnieje, a pogłoski o jego agonii są przedwczesne. Zetkom jeszcze mocniej doskwiera zbiurokratyzowana organizacja pracy oraz, w ich ocenie, przekształcanie wolnego zawodu lekarza w quasi-urzędnika.

Oj, będzie zgrzytało

Wśród charakterystycznych cech pokolenia Z jest silna potrzeba zmieniania świata. Od pracodawcy oczekują zapewnienia udziału w ciekawych projektach oraz zagwarantowania rozwoju w interesującej ich dziedzinie. Badacze przewidują, że w ciągu swojego życia często będą zmieniać pracę, co wpłynie także na pracę szpitali.

Dla przedstawicieli innych generacji praca z zetkami może być sporym wyzwaniem. Jeśli wierzyć stereotypom, szybko wydają wyroki, nie czekając na opinię innych, a jak to się ma do relacji mistrz-uczeń, chyba nie trzeba dodawać. Są indywidualistami, a medycyna to przecież praca zespołowa. Nie potrafią skupić się na jednym zadaniu, co staje się wręcz anegdotyczne.

Nienawiść do biurokracji

Bez wątpienia przerost biurokracji paraliżuje pracę lekarza niezależnie od jego wieku, ale znacznie bardziej doskwiera młodszym medykom, którzy – spoglądając na socjologiczną charakterystykę pokolenia Y, a tym bardziej pokolenia Z – są mniej przyzwyczajeni do wypełniania stosu rozmaitych formularzy i dokumentów niż starsze pokolenia oraz bardziej skłonni do wyrażania niezadowolenia, gdy się ich do tego zmusza. Starsi mają notesy i lubią wieczne pióra. Młodsi notatki sporządzają w smartfonach i tabletach, a znacznie częściej niż długopis mają w ręku mysz komputerową lub touchpada pod palcem.

To nie przypadek, że jeden z pięciu postulatów Porozumienia Rezydentów, z którym przystąpili do protestu głodowego kilka lat temu, brzmiał: „Likwidacja biurokracji w ochronie zdrowia”. Przekaz jasny i konkretny. Zderzenie lekarskiego pokolenia Y z realiami ochrony zdrowia, gdzie – jak niedawno wskazał NIK – blisko 1/3 czasu porady lekarskiej zajmuje prowadzenie dokumentacji medycznej i wykonywanie czynności administracyjnych, jest podwójnie bolesne. To szok dla osób często nieznających szelestu kart papierowych encyklopedii i sporadycznie, o ile w ogóle, korzystających z tradycyjnych bibliotek, bo kompendium wiedzy o świecie stanowi dla nich laptop, smartfon lub tablet i wyszukiwarka internetowa.

Podsumowanie

Moim zdaniem zarzewie prawdziwego, a nie wyimaginowanego konfliktu, wyrasta z różnic międzypokoleniowych i często skrajnie odmiennych oczekiwań pokolenia Z oraz boomersów czy igreków. To zjawisko nie ominie zawodów medycznych. Wraz z napływem kolejnych młodych osób na rynek pracy, stanie się jeszcze bardziej wyraziste.

Mariusz Tomczak