Przychodnia dla Bezdomnych na Wolskiej

Warszawa, 9.00 rano, ul. Wolska 172. Drzwi niewielkiego baraku, spadku po robotnikach z budowy I linii metra, otwierają się dla pacjentów. Tak zaczyna się kolejny dzień w przychodni dla bezdomnych, prowadzonej przez „Lekarzy Nadziei”. Kim są ludzie, którzy przychodzą tu po pomoc? Kim są lekarze, którzy w ramach wolontariatu chcą im poświęcić swój czas?

Foto: Marta Jakubiak

Stoję przed niewielkim kontenerem, o powierzchni może 100 metrów kwadratowych. Wchodzę do środka. Jest tu kilka pokoi lekarskich, gabinet dentystyczny, rejestracja, salka zabiegowa, toalety. Na odmalowanym korytarzu stoi rząd białych krzeseł, jest czysto i schludnie. Siadam w poczekalni.

Zaczynają schodzić się pacjenci. Dziś przyjmuje stomatolog, psychiatra i internista. Powoli robi się tłoczno, ale każdy cierpliwie czeka na swoją kolej – najpierw do rejestracji, a potem już do gabinetu. Zawsze tu tak spokojnie? – pytam przechodzącą obok pielęgniarkę.

– Zazwyczaj tak, chociaż czasami bywają awanturujący się pacjenci, szczególnie gdy są pod wpływem alkoholu albo narkotyków. Zdarza się to jednak dość rzadko i takie osoby na ogół wypraszamy. Zresztą inni oczekujący potrafią skutecznie takich delikwentów uspokoić – tłumaczy. Dziś „trudnego” pacjenta nie ma, za to są uśmiechy i wzajemne zrozumienie.

Gronkowiec, gruźlica…

Zastanawiam się, kim są ludzie zgłaszający się do Przychodni dla Bezdomnych. Każdy mógłby zapewne opowiedzieć historię na kilka dobrych stron maszynopisu. Nie mają ubezpieczenia, ale pomoc medyczną mogą otrzymać właśnie tutaj. Najbardziej oblegani są interniści, chirurdzy, dermatolodzy, pulmonolodzy, a także stomatolodzy.

W przychodni zarejestrowanych jest ponad 13 tys. osób i codziennie zgłaszają się nowi. Przychodzą z gorączką, grypą, problemami psychicznymi, wszawicą, świerzbem, problemami kardiologicznymi, gruźlicą, HIV, HCV, zgorzelami, odmrożeniem, owrzodzeniami i wieloma innymi chorobami biedy. Lekarze przyjmują do ostatniego pacjenta. Po pomoc zgłaszają się głównie mężczyźni – stanowią ponad 90 proc. wszystkich pacjentów.

Przychodzą tu jednak także kobiety, tak jak pani Magda, która od kilku lat codziennie stawia się na oczyszczanie ogromnej zgorzeli na nodze i zmianę opatrunku. Dlaczego ta rana tak długo się utrzymuje? – pytam panią Małgosię Szewczak, pielęgniarkę, która właśnie opatruje chorą nogę wspomnianej pacjentki.

– To nasza stała bywalczyni. Nie chce przebywać w ośrodkach pomocy, buntuje się przed pójściem do szpitala, woli życie na własną rękę, na ulicy. Ma schizofrenię i w zasadzie powinna być ubezwłasnowolniona. Jest niegroźna dla otoczenia, ale nie jest w stanie zadbać o siebie. Często przesiaduje na dworcach. Nie chce przyjmować antybiotyków, mimo że jest zakażona gronkowcem. System w jej przypadku zawiódł. Pomoc społeczna jest w ogóle jakoś marnie zorganizowana. Możemy więc pomóc tylko w taki sposób – wyjaśnia mi pielęgniarka.

Nie wszyscy są bezdomnymi z własnego wyboru. – Jeśli nie ma się wzorców wychowawczych w dzieciństwie, jeśli było za dużo alkoholu, a za mało miłości, to w dorosłym życiu trudno coś zmienić – mówi jedna z lekarek. Są też tacy, którym po prostu nie wyszło. Ktoś miał własną firmę, inny to profesor matematyki, którego zgubił alkohol. Bywają też tacy, którzy przyjechali do stolicy za chlebem, ale im nie wyszło i wstydzą się wrócić i do tego przyznać.

Kto? Jak? Dlaczego?

– Pan tutaj pierwszy raz? – pytam jednego z oczekujących na lekarza. – Tak. Dowiedziałem się od kolegi, że jest możliwość uzyskania pomocy w tym miejscu, więc stwierdziłem, że spróbuję. Zobaczymy, jak będzie – uśmiecha się do mnie szczerze. Po wizycie wychodzi bardzo zadowolony.

Zagaduję kolejnego mężczyznę, który usiadł na krzesełku obok mnie. Był tu już kilka razy. – Pracowałem jako konserwator w banku. Miałem dom, samochód, rodzinę. Straciłem wszystko. Zwolnili mnie z dnia na dzień, nie umiałem się pozbierać – opowiada pan Marek.

– Byłem prawie na dnie, kiedy kolega namówił mnie, żebym zaczął pomagać jako wolontariusz w hospicjum. To był kubeł zimnej wody. Dopiero tam uświadomiłem sobie, że to, co wydarzyło się w moim życiu, nie jest końcem świata. Kiedy umierał na moich rękach młody chłopak i płakał, że chce żyć, zdałem sobie sprawę, że moja tragedia, jak wcześniej o wszystkim myślałem, wcale tragedią nie jest. Mieszkam teraz u znajomego, staram się poukładać wszystko. I wiem, że nic nie jest na stałe, każdemu może powinąć się noga i z samej góry spaść na dno. Nie mam do nikogo pretensji, że jest, jak jest. Każdy musi swoje przejść. Kiedy zdrowie szwankuje, to przychodzę do tej przychodni. Tu mogę liczyć na opiekę lekarską i pomoc.

Właśnie pacjentów skończyła przyjmować dr Krystyna Stopczyńska, psychiatra. – Serdecznie zapraszam do środka – słyszę zza drzwi. Wchodzę do skromnego, białego pokoiku. Stolik, dwa krzesła, leżanka, gablota z lekami. Komu pani doktor tutaj pomaga? – pytam.

– Pacjentom z psychozami, zaburzonym psychicznie – z różnych przyczyn, z powikłaniami psychiatrycznymi, ludziom uzależnionym od alkoholu, hazardu, niedostosowanymi do życia społecznego. Czasem zgłosi się ktoś po wcześniejszym leczeniu szpitalnym, niekiedy były więzień. Przychodzi do mnie od ośmiu lat jeden pacjent z pokaźną kartoteką – po kilkunastu wyrokach, ale mniejszego kalibru. Na początku był nastawiony bojowo, ale to w gruncie rzeczy dobry człowiek. Od kiedy jest pod naszą opieką, nie ma zatargów z prawem – opowiada doktor Stopczyńska.

– Albo pani Teresa, inteligentna, zdolna, od lat walczy z depresją. Niektórzy mówili, że nie chce się uczyć, bo jest leniwa, a ona była chora. Nie skończyła szkoły, nie podjęła pracy. Będziemy chcieli pomóc jej załatwić rentę albo pomoc społeczną. Już jest lepiej, powoli uczy się funkcjonować w społeczeństwie. Czasem zjawi się pacjent, o którym nic nie wiemy, a i on sam niewiele może o sobie opowiedzieć. Potrzeba czasu, aby do nich wszystkich dotrzeć – wyjaśnia.

Czy nie boi się pani agresji pacjentów? – Nie, nigdy się nie bałam – ani jako psychiatra sądowy, ani jako lekarz pracujący przeważnie na trudnych oddziałach w Tworkach. Tu również nie mam problemów z agresją. Szanuję swoich pacjentów, oni to czują i szanują również mnie – odpowiada.

Landrynki

Chorzy nie zawsze doceniają możliwość skorzystania z pomocy. – Czasem zgłosi się pacjent, ale nie poczeka na wizytę, tylko bez słowa sobie idzie. Zdarza się też, że przyjdzie ktoś w kiepskim stanie i od razu widać, że przydałoby mu się chociaż kilka dni odpoczynku pod dachem. Dzwonię do schroniska „Przystań”, prowadzonego przez Caritas AW, naprzeciwko przychodni. Proszę o przyjęcie. Jest miejsce! Odprowadzam chorego, a on mówi, że jednak nie chce… Potem wraca do nas w stanie skrajnego wyczerpania. I znowu mu pomagamy… – opowiada Joanna Miros-Kosiacka, pracownik administracyjny przychodni.

– Wielu oczekuje pomocy tu i teraz, ale nie chcą pójść o krok dalej, mimo że pokazujemy im drogę wyjścia z bezdomności. Przychodzą też osoby uzależnione, które raczej chcą wyłudzić leki, a nie otrzymać fachową pomoc. Nie wolno się zniechęcać, bo zdecydowana większość naprawdę potrzebuje pomocy – dodaje.Ktoś powie dobre słowo albo obdarzy szczerym uśmiechem. Dziś jedna z pacjentek wręczyła zespołowi kwiatek i landrynki. Bywa też wesoło.

– Ostatnio dołączył do naszego grona laryngolog, który od razu zaczął przyjmować pacjentów i jakie było jego zdziwienie, kiedy jeden z nich pokazał mu rany na nogach, prosząc o pomoc. Pacjent myślał, że jest u dermatologa… – śmieje się Joanna Miros-Kosiacka. Smutku nie ma też w pokoju personelu. Panuje tu wręcz rodzinna atmosfera. W zespole ze świecą szukać ducha rywalizacji, konkurencji, zawiści. Są za to rozmowy i wzajemne wparcie.

– Nie zarabiamy, to i nie mamy o co kłócić się – żartuje jedna z lekarek. Jak wygląda tu praca? – Normalnie. Z higieną u pacjentów bywa różnie, ale tych naprawdę zaniedbanych jest, wbrew pozorom, niewielu – słyszę odpowiedź. Kiedy trafi się już taki, pomagają mieszkańcy znajdującego się niedaleko schroniska – zabierają chorego do siebie, żeby go wykąpać, ogolić i dać mu czyste ubranie. Potem odprowadzają do przychodni, gdzie dostaje potrzebną pomoc.

Wykluczeni

Funkcjonują bez kontraktu z NFZ, bo ich pacjenci nie mają ubezpieczenia, nie pomaga też Ministerstwo Zdrowia. Działają dzięki pomocy ludzi dobrej woli. Otrzymują darowizny, między innymi leki i środki opatrunkowe. Pomaga Urząd Miasta Stołecznego Warszawy i Mazowiecki Urząd Wojewódzki. Pieniędzmi trzeba oszczędnie gospodarować, bo brakuje ich zawsze. W pierwszej kolejności musi wystarczyć na opłaty za media, leki, opatrunki i badania. Przychodnia chce jednak pomagać w jak najszerszym zakresie i leczyć tak, jak można najlepiej.

– Prosimy, żebrzemy, pukamy, gdzie się da. Potrzeby są ogromne, bardzo brakuje nam młodszego aparatu USG i nowszego unitu dentystycznego – wyjaśnia Joanna Kosiacka. Obecnie lekarze dentyści pracują na unicie, który ma ponad 50 lat. To już prawie zabytek z drewnianym podłokietnikami, bez ślinociągu i wyprofilowaniem wymagającym pracy stojącej. Pukam do gabinetu. Otwiera dr Janina Gałwa, stomatolog z wieloletnim stażem, ale swoim entuzjastycznym podejściem do życia dorównuje sile maratończyka. Nie narzeka, a uśmiech nie schodzi jej z twarzy.

– Dla wielu osób to duża sprawa, że mogą leczyć u nas zęby, bo w naszym kraju stomatologia jest niemal całkowicie sprywatyzowana. Tylko ten unit przydałoby się wymienić. Mamy nawet nowszy, podarowany, ale brakuje pieniędzy na jego instalację i doposażenie w niezbędne do pracy elementy. Nawet głośna sprężarka by mi nie przeszkadzała, bo po tylu latach pracy mam problemy ze słuchem – śmieje się i deklaruje, że dopóki się porusza, będzie tu przychodzić. – Mówi się, że niektórych praca po prostu lubi, a tu jest komu pomagać – dodaje.

Po co wy tutaj?

Przychodnia ruszyła na początku lat 90. dzięki niezłomnej dr Marii Zoll-Czarneckiej. Pierwsza lokalizacja – barak przy ul. Powsińskiej. – Startowaliśmy z przeszkodami, bo okoliczni mieszkańcy nie chcieli przychodni dla bezdomnych w swojej okolicy.

Po kilku latach przeprowadzka na Wolską, bo trzeba było zwolnić miejsce dla Muzeum Katyńskiego – opowiada Maria Sielicka-Gracka, przewodnicząca warszawskiego oddziału Stowarzyszenia „Lekarze Nadziei”, działająca na rzecz przychodni.

W ubiegłym roku przyjęto w sumie ponad 7 tys. osób, w tym 500 nowych pacjentów; byli wśród nich także cudzoziemcy, a nawet kilkoro dzieci. Około tysiąca osób zostało objętych pomocą pracownika socjalnego. Wykonano też prawie 18 tys. opatrunków. Na Wolskiej bezdomnych leczy społecznie ponad 20 lekarzy. Większość z nich jest na emeryturze, choć nie wszyscy mają „odpowiedni PESEL”.

Pomagają także: lekarka stażystka i studenci medycyny. Najcięższą pracę mają, zatrudnione na „skromne” umowy, pielęgniarki, jest też pracownik socjalny i administracyjny. – Bardzo brakuje neurologa, psychiatry i dermatologa. Gdyby ktoś chciał nam pomóc, gorąco zapraszamy – apeluje Joanna Miros-Kosiacka. Jak zachęcić innych do pracy w takim miejscu? – Chyba nie trzeba zachęcać tych, którzy są lekarzami z powołania – odpowiada nieśmiało.

– To muszą być w pewnym sensie społecznicy, dla których sprawy materialne nie są najważniejsze. Oczywiście to praca o podwyższonym ryzyku, bo przychodzą tu mocno zaniedbani, schorowani ludzie z gruźlicą i innymi chorobami zakaźnymi, ale czy jako lekarz mam prawo się bać? Chyba nie bardzo – odpowiada z kolei dr Janina Gałwa.

– Już kilkanaście lat leczę zęby bezdomnym. Widać takie jest moje powołanie. W przychodni pracuje także jeszcze jedna, młoda dentystka, mamy też chirurga szczękowego. To skromni, wspaniali lekarze – opowiada.

– Dzięki pracy tutaj wiem, że jestem komuś potrzebna. Będę tu przychodzić, dopóki starczy mi siły – mówi z kolei dr Maria Sielicka-Gracka. A co przyciąga w to miejsce młodych pracowników? – Tu można dotknąć prawdziwej medycyny i wiele się nauczyć – mówi Jan Kamiński, student V roku Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Doktor Stopczyńska działa na rzecz przychodni już dziewięć lat.

– To naturalna kolej rzeczy, że się tu znalazłam, nic nie dzieje się bez przyczyny. Każdy dzień, każde wydarzenie z przeszłości nas kształtuje. To jest życie właśnie. W przychodni pracują pasjonaci, ludzie, którym na czymś ważnym w życiu zależy. Oni nie pytają za ile, nie zważają na cuchnące rany czy wszy. Praca tylko dla pieniędzy jest nieszczęściem. Świat staje się coraz bardziej pozbawiony człowieczeństwa, ale nie musimy iść tą drogą. Z drugiej strony rozumiem, że osoby młode rzadko decydują się na wolontariat, bo muszą utrzymać siebie i rodziny. Nikogo nie wolno do takiej decyzji przymuszać ani tym bardziej oceniać – wyjaśnia.

Młodych przychodnia nie odstrasza i wielu z oddaniem tu już pracowało. Jednak zazwyczaj, gdy zaczynają zakładać rodziny, mają nowe obowiązki, brakuje im czasu na wolontariat. – To wspaniale, pozytywnie zakręcone osoby. Mam nadzieję, że kiedy dzieci dorosną, to do nas wrócą – mówi dr Sielicka-Gracka.

Lidia Sulikowska

* Imiona pacjentów zostały zmienione.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2015


Przychodnia z chęcią przyjmie środki opatrunkowe, sprzęt medyczny (też używany) i inną pomoc niezbędną do pracy personelu medycznego i leczenia pacjentów. Kontakt: (22) 836 81 82, e-mail: lekarzenadziei@vp.pl.

Powiązane aktualności

Jeden komentarz

Skomentuj
  1. Zgryźliwa bestia
    maj 21, 2015 - 07:32 PM

    Ta w czerwonym szaliku jak na osobę bezdomną całkiem nieźle się trzyma hie hie hie

    ODPOWIEDZ

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *