Rok zawiedzionych nadziei

Mimo że premier Szydło poświęciła w exposé mało miejsca opiece zdrowotnej, wspominając z konkretnych zobowiązań jedynie powrót do finansowania z budżetu i wstrzymanie prywatyzacji, życzyliśmy sobie przed rokiem nowej, lepszej jakości w ochronie zdrowia. Te oczekiwania nie brały się znikąd.

Foto: Marta Jakubiak

Wreszcie pojawił się na Miodowej minister, który w odróżnieniu od poprzedników, wyraźnie akcentował konieczność dofinansowania systemu. „Porównanie z krajami o podobnej historii i zamożności pokazuje, że brakuje nam około 30 mld zł rocznie. Tych środków nie przybędzie od razu, ale w ciągu dwóch, trzech lat powinniśmy osiągnąć ten poziom, inaczej jakość opieki zdrowotnej nie polepszy się” – tłumaczył doktor Radziwiłł w rozmowie z „Gościem Niedzielnym” tuż po nominacji.

Brzmiało to sensownie i wiarygodnie. Mówił o tym bowiem praktyk, znany jako jeden z liderów samorządu lekarskiego, ale także właściciel przychodni medycyny rodzinnej, działającej w sektorze prywatnym. Według sondażu IBRiS z listopada 2015 r., nowy minister miał w rankingu zaufania społecznego drugi wynik w rządzie, po wicepremierze i ministrze rozwoju Mateuszu Morawieckim.

W środowisku lekarskim pamiętano, że Radziwiłł – prezes NRL – zobowiązał się, cytując odpowiednią uchwałę, „do podjęcia wszelkich możliwych działań i inicjatyw, aby płaca lekarza specjalisty wynosiła trzy średnie krajowe”, a Radziwiłł – świeżo upieczony minister, wskazywał, że specjalista powinien zarabiać dwie średnie krajowe za pracę w wymiarze etatu. Atutem nowego ministra wydawał się być silny merytorycznie zespół zastępców.

Trzech z czterech podsekretarzy stanu to znani w branży medycznej, doświadczeni eksperci. Nic, tylko odnosić sukcesy! Początek był obiecujący. Konsultacje ministra z ekspertami spoza resortu, spotkania z przedstawicielami samorządu, decyzja o zwiększeniu limitów przyjęć na wydziały lekarskie i powrocie stażu podyplomowego, prace nad projektem 75+, likwidacją NFZ i siecią szpitali. Brakowało „tylko” jednego. Mianowicie jasnego określenia, kiedy wspomniane 30 mld zł zasili system.

Odpowiedź przyszła w lipcu i zaskoczyła wszystkich. Finansowanie publicznej opieki zdrowotnej ma zacząć rosnąć od 2018 r., a poziom 6% PKB mamy osiągnąć dopiero w 2025 r. Gdyby chodziło o wydźwignięcie się ponad europejską średnią, można by było tak odległą perspektywę zaakceptować. Gdyby polityka zdrowotna była prowadzona konsekwentnie i niezależnie od zapatrywań poszczególnych partii, można byłoby w ten plan uwierzyć.

Brak akceptacji i wiary unaoczniła wrześniowa manifestacja Porozumienia Zawodów Medycznych. Protestów może być znacznie więcej. Poza programami socjalnymi, jak bezpłatne leki dla seniorów, tudzież objęcie powszechnym ubezpieczeniem zdrowotnym wszystkich obywateli, zarzewie konfliktu tkwi w niemal każdym z reformatorskich planów ministra. Weźmy na przykład projekt sieci szpitali, czyli jeden z kluczowych.

W założeniach miał on wyłonić optymalną liczbę szpitali, gwarantującą stałą dostępność do dobrej jakości świadczeń medycznych na terenie całego kraju. Wymagałoby to włączenia do sieci instytutów, szpitali uniwersyteckich oraz zdecydowanej większości wojewódzkich. Są to jednostki generujące największe zadłużenie. Dzieje się tak przede wszystkim z uwagi na konieczność udzielania ogromnej ilości niedostatecznie finansowanych świadczeń.

Poprawa finansowania placówek zrzeszonych w sieci jest zatem bezdyskusyjnie potrzebna. Tym bardziej, że po odcięciu od finansowania publicznego szpitali prywatnych i zobowiązaniu szpitali sieciowych do zapewnienia pacjentom rehabilitacji i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej, spadnie na te ostatnie znacznie więcej obowiązków. Tymczasem ministerstwo planuje dać szpitalom klinicznym 100 proc. tegorocznego budżetu, a pozostałym z sieci ledwie 85 proc.

Poprawić dostępność do świadczeń i nie popadać w długi to w tej sytuacji zadanie dla magika, a nie menadżera. Koordynowana opieka zdrowotna to kolejne piękne hasło. Jestem za tym, by wzorem wielu bogatszych i lepiej od nas zorganizowanych krajów, pomagać pacjentom w wędrówce po labiryncie systemu. Tu do sukcesu potrzeba armii koordynatorów i systemu informatycznego zapewniającego sprawną wymianę informacji między placówkami.

Jeśli odpowiednio skomputeryzowani koordynatorzy nie mają wskazywać pacjentom ślepych uliczek, potrzebne są pieniądze na poprawę dostępności do diagnostyki i leczenia. Bo, jak twierdził minister Radziwiłł w cytowanym na wstępie wywiadzie, „Nie można zapewnić lepszej opieki medycznej niż dotychczas bez zdecydowanie większych środków na ochronę zdrowia”. Pytanie za sto punktów – kiedy pan minister wierzy w to, co mówi? I za punktów dwieście – kiedy my możemy mu wierzyć?

Sławomir Badurek
Diabetolog, publicysta medyczny

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 12/2016-1/2017

Zobacz konferencję naukową pt. „Marihuana – lek czy zagrożenie?”:


„Ignorantia iuris nocet” (łac. nieznajomość prawa szkodzi) – to jedna z podstawowych zasad prawa, pokrewna do „Ignorantia legis non excusat” (łac. nieznajomość prawa nie jest usprawiedliwieniem). Nawet jeśli nie interesuje cię prawo medyczne, warto regularnie śledzić dział Prawo w portalu „Gazety Lekarskiej”. Znajdziesz tu przydatne informacje o ważnych przepisach w ochronie zdrowia – zarówno już obowiązujących, jak i dopiero planowanych.

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.