24 lipca 2024

Medycyna paliatywna. Dostrzegajmy tych, którzy nas potrzebują

Kiedy rok temu odwiedzałam w Michałowie lekarza Pawła Grabowskiego i zespół jego współpracowników, miałam okazję zobaczyć, z jaką pasją i zaangażowaniem pomagają oni osobom zbliżającym się do kresu życia*. Dowiedziałam się też wówczas o budowie pierwszego wiejskiego hospicjum stacjonarnego na Podlasiu. Dziś placówka przyjmuje już pacjentów.

Foto: Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza

Wyjechał pan w odległy zakątek Polski, by pomagać niesamodzielnym, schorowanym mieszkańcom podlaskich wsi. Najpierw utworzył pan hospicjum domowe, a od niedawna działa też placówka stacjonarna. Pomysł mógł wydawać się nieosiągalny, a jednak udało się go zrealizować. Gratuluję.

Dziękuję, ale to efekt pracy zespołowej. Okazuje się, że nie ma rzeczy niemożliwych, tylko trzeba sporo determinacji, żeby je osiągnąć. Budowa hospicjum stacjonarnego pokazała, jak wielu jest dobrych ludzi. Budowę zaczęliśmy w 2019 r. we wsi Makówka.

Inwestycja została sfinansowana z darowizn, zebraliśmy na ten cel aż 17 mln zł. Uruchomiliśmy już i w pełni wyposażyliśmy pierwsze skrzydło budynku. Działamy od 1 lipca. Brakuje jeszcze 1 mln zł, aby dokończyć inwestycję, jestem jednak dobrej myśli. Niedawno to było 1,5 mln zł, ale zgłosiła się do nas pewna kobieta i ofiarowała 500 tys. Wyobraża sobie pani? Takie cuda dzieją się na Podlasiu.

Ilu chorych możecie przyjąć?

Obecnie warunki socjalne pozwalają na przyjęcie 18 pacjentów, a docelowo będzie to nawet drugie tyle. Na razie podpisaliśmy kontrakt z NFZ na 10 łóżek. Zainteresowanie jest duże, mamy już listę oczekujących. Niestety, teraz nie jesteśmy w stanie wziąć pod opiekę więcej osób.

Dlaczego?

Mamy ogromną trudność ze skompletowaniem kadry wymaganej przez płatnika. Na 10 łóżek potrzeba aż sześć etatów pielęgniarskich. Szkoda, bo gdyby wymogi były nieco mniej wyśrubowane, moglibyśmy np. zatrudnić więcej opiekunów i byłoby nam łatwiej uzupełnić kadrę. Świadczenia związane z opieką hospicyjną są nisko wyceniane, przez co nie jesteśmy w stanie zaoferować pielęgniarkom atrakcyjnego wynagrodzenia. Prawda jest taka, że kontrakt wystarcza na pokrycie jedynie wydatków na wynagrodzenia pracowników.

A przecież trzeba utrzymać ośrodek i zapewnić warunki hospicyjne przebywającym tam pacjentom. Dlatego musimy liczyć na wsparcie darczyńców, bez których nie da się udźwignąć obciążeń związanych z prowadzeniem takiej placówki. Tak nie powinno być. Dlaczego musimy stale prosić indywidualnych darczyńców, żeby hospicjum mogło powstać i działać? Czy ludzie na wsi nie zasługują na godne umieranie?

To właśnie najbardziej przeszkadza w pomaganiu chorym?

Najgorsza jest urzędocentrycznosć. Chodzi mi o to, że medycyna jest coraz mniej ludzka. Musimy zadowolić NFZ, ciąć koszty, optymalizować pracę… Ja to wszystko rozumiem, ale biurokracja rozwinęła się tak bardzo, że zapominamy, dla kogo to wszystko robimy. Najważniejszy musi być pacjent, a nie kontrakt, nie pan urzędnik, nie kontroler ani dyrektor administracyjny.

A może urząd wsparłby swoimi siłami administracyjnymi takie jednostki, bo zabraknie sił na pomaganie pacjentom? Widzi pani, ja jestem ogromnie szczęśliwy, że udało się zbudować i otworzyć to hospicjum, ale jestem też strasznie zmęczony tymi wszystkimi formalnościami, jakie trzeba spełnić, by otrzymać kontrakt z NFZ. Bo to jest coś, co kradnie nam czas, którego potrzebujemy dla chorego.

Na zmianę w tym zakresie chyba jednak potrzeba solidnej rewolucji.

Ależ ja nie żądam nie wiadomo czego. Chciałbym po prostu normalności. Jak patrzę, ile formularzy sprawozdawczych pielęgniarki mają do wypełnienia, aby udowodnić, że nie jesteśmy złodziejami, to coś się we mnie gotuje. Nie tak powinien wyglądać system opieki zdrowotnej. Okropnie frustrujące są też same obwarowania mówiące, kogo można przyjąć do hospicjum.

Według mnie to miejsce dla każdego chorego na nieuleczalną chorobę w schyłkowym stadium, ale zgodnie z kryteriami NFZ trzeba być szczęśliwcem mającym wybrane jednostki chorobowe. Mam taki wewnętrzny bunt, że urzędowo nie każdy potrzebujący może liczyć na pomoc. Cieszę się jednak bardzo, że kiedy cierpiący pacjent do nas trafi, to dostanie godną opiekę. Budynek hospicjum jest nowoczesny i przyjazny chorym. Pokoje są dwuosobowe. Jest też możliwość wyjechania łóżkiem do ogrodu. Pacjenci mają wsparcie i pomoc życzliwego personelu.

Jak liczna jest kadra?

Poza pielęgniarkami mamy kilku opiekunów, fizjoterapeutę, psychologa. Przymierzamy się do uruchomienia wolontariatu. Już są chętni – i to zarówno wśród osób starszych, jak i młodzieży. Lekarzem pełnoetatowym jestem ja, pomaga mi jeszcze jedna pani doktor, a kilku specjalistów oferuje doraźnie konsultacje. Wspiera nas małżeństwo psychiatrów, dwoje chirurgów, urolog, gastroenterolog. Zadzwonił do mnie nawet dr Tadeusz Borowski-Beszta, kierownik hospicjum w Białymstoku, legenda medycyny paliatywnej w naszym regionie, i zadeklarował, że mogę liczyć na jego pomoc.

To jest niesamowite, co tu się dzieje. Przydałoby się nam na stałe wsparcie lekarza, który czuje ducha medycyny paliatywnej. Wierzę, że ktoś taki się znajdzie i pomoże. Praca w hospicjum stacjonarnym to dla mnie duże obciążenie, tym bardziej, że w dalszym ciągu chcę kontynuować pracę hospicjum domowego, od którego wszystko się zaczęło. Dla wielu nie ma lepszego miejsca do chorowania i umierania niż własny dom.

Jakie są pana najbliższe plany na przyszłość?

Chciałbym rozwijać pomoc dla osób niesamodzielnych w naszym regionie. Na obszarach wiejskich trudno żyć osobom schorowanym. Dlatego już od jakiegoś czasu nasze fundacyjne hospicjum domowe wdraża opiekę nad osobami zależnymi i nieuleczalnie chorymi. Projekt „Dać to, czego naprawdę potrzeba” polega na dostrzeżeniu ludzi, którzy mogą dać kawałeczek siebie innym. Przecież gdzieś jest ośrodek pomocy społecznej, są koła gospodyń wiejskich, jest ochotnicza straż pożarna, klub seniora etc.

My tutaj staramy się ich wszystkich zapoznać, tak by efektywnie wspierali potrzebujących. Tu chodzi o proste, prozaiczne czynności, jak uporządkowanie komuś podwórka, zawiezienie do lekarza czy wykupienie leków z apteki. W rozproszeniu trudno jest pomagać, w sieci – łatwiej. Kojarzy mi się to z kluczem gęsi. Ptaki, gdy lecą pojedynczo, zużywają dużo więcej energii, niż gdy pokonują drogę razem. Dostrzegajmy osoby, które potrzebują naszego wsparcia. Naprawdę niewiele potrzeba, aby czynić dobro. Ważne, żeby działać wspólnie, bo wtedy jest i łatwiej, i skuteczniej.

Rozmawiała: Lidia Sulikowska

Paweł Grabowski urodził się w Krakowie. Ukończył stomatologię, a następnie kierunek lekarski. Przez pewien czas był związany zawodowo z Centrum Onkologii – Instytutem im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie (obecnie: Narodowy Instytut Onkologii), a potem z lokalnym hospicjum domowym. Dekadę temu wyjechał na Podlasie. Założył hospicjum domowe im. Proroka Eliasza w Michałowie, niewielkim miasteczku położonym w powiecie białostockim. W 2019 r. rozpoczął budowę hospicjum stacjonarnego w zlokalizowanej nieopodal Makówce. Placówka zaczęła funkcjonować w lipcu br.