Festiwal sztuk przyjemnych i nieprzyjemnych
Zgromadzenie różnych przedsięwzięć artystycznych w jednym miejscu jest od stuleci sposobem popularyzowania sztuki, która powstała gdzie indziej. Wynalazek starożytnych Greków, organizujących antyczne konkursy na najlepszą komedię i tragedię, otworzył wypróbowaną przez wieki przestrzeń do konfrontacji twórców, mód i gustów, którą tak chętnie kultywuje współczesny teatr.

Lubię festiwale, chociaż tylko w latach studenckich mogłem pozwolić sobie na oglądanie niemal wszystkich spektakli wpisanych do karnetu. W biegu spraw rodzinnych i obowiązków wobec pacjentów nie jest łatwe wyrwanie się na tydzień czy, co gorsza, dwa, aby z wolną głową siąść na widowni, smakując słowa i gesty.
Dlatego z masowo nadsyłanych newsletterów wybieram tylko pojedyncze wydarzenia, polując na bilety znikające z internetowych kas niczym pionki w strategicznej grze. Weekend w Gdańsku, Awinionie, Opolu czy Edynburgu to luksus, który trzeba zaplanować z dużym wyprzedzeniem, a i tak w znacznej mierze los decyduje, co ujrzę na scenie.
Bywa, że repertuarowy klucz festiwalu nie zawsze jest czytelny, a hasła przeglądów pozornie wyrwane są z kontekstu. Długo zastanawiałem się nad wersem promującym Festiwal Szekspirowski w 2024 r., krzyczący z plakatów: „A niech się głowy toczą!” cytat z „Antoniusza i Kleopatry”, jak interpretowali go organizatorzy, był metaforą brudnych rozgrywek politycznych.
Dla mnie jednak równie dobrze stawał się zachętą do „gry o głowy” albo zaproszeniem do symbolicznego Koloseum, gdzie znudzona dobrobytem publika czerpie przyjemność z widowiska biorących się za łby stron. Zasadne wówczas zdaje się pytanie szekspirowskiego autorytetu Jana Kotta: „Czy musimy bezradnie przyglądać się okrucieństwu?
Czy niemoc zmiany historii jest tchórzowską pasywnością? Czy naprawdę mamy do wyboru, jak chce Hamlet, tylko dwie ścieżki: bierne znoszenie »zajadłych strzał losu« oraz czynny opór wobec »morza nieszczęść«, któremu musimy dać kres, choć jest to przecież niewykonalne?”.
Dlatego lubię festiwal łódzki, który od 32 lat pokazuje sztuki przyjemne, przez co oczekiwane z nadzieją na poprawę samopoczucia, i sztuki nieprzyjemne, gdy prosto w oczy mówi się prawdę o międzyludzkich relacjach, dalekich od ideałów moralnych i obrazoburczo bliskich rzeczywistości wokół. Nie będę krył, że staram się zawsze trafić w propozycję nieprzyjemną, ale po głębszym zastanowieniu i reakcji widzów corocznie stwierdzam post factum, że oglądanie brudów i bluzgów niejednemu bywalcowi sprawia wielką przyjemność.
Ring wolny nie jest w żadnej mierze odzwierciedleniem wolnej prasy ani wolności w teatrze, ale gwarantuje emocje rodem z pojedynku na miny w „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Syfon kontra Miętus wciąż zadziwiają superarbitrów pięknem i niewinnością, stojącym w groteskowej opozycji do brzydoty i ohydy.
Odwieczny problem polega przecież na tym, że to, co dla jednych jest odstręczające, innym pompuje wodę na młyn ambicji, zemsty i lizusostwa. Żadnej ze stron nie hamują prośby, groźby, ustawy i regulaminy. Żadna ze stron nie odpuszcza pola walki, a pokojowe negocjacje zamienia w farsę dla naiwnych, co lubią sztuki przyjemne. Dzięki ich oklaskom stroiciele min repetują karabiny.
Wartością dodaną festiwalowych wydarzeń są spotkania z twórcami spektakli. Kilka minut po zakończeniu w foyer albo bezpośrednio na scenie ustawia się krzesła i rozdaje mikrofony, by móc dowiedzieć się, o czym myślał reżyser, gdy obsadzał w roli Hamleta czy Gustawa-Konrada kobietę. I czy to tylko performance, a może już manifest.
Lubię wtedy siąść z boku, słuchając recenzentów i krewkich teatrofanów, odwiedzających sceny i tu, i tam, niezależnych od lekarskiego zawodu, mających czas na analizę tekstów źródłowych i będących na bieżąco w każdej fazie realizacji dramaturgicznych premier sezonu. Nawet im wtedy przez chwilę zazdroszczę. Ponad wszystko jednak lubię festiwal „NASTĘPNY, PROSZĘ…”.
Gabinet lekarski w skromnej scenografii: biurko, fotel, krzesło, leżanka i przewijak dla niemowląt. Rekwizyt słuchawek. Prompter z historią choroby. Drzwi dla aktorów wpisanych na casting. Biały kostium i maska. Szybka zmiana obsady. Eklektyzm podejmowanych tematów. Tajemnica. Afisz recepty. Kreacja zdrowia i życia. Śmierć bez oklasków.
Recenzja teatralna jest podobna epikryzie lekarskiej. Analiza gestów, słów i objawów prowadzi do rozpoznania przyjemnego lub nieprzyjemnego. Reszta jest już tylko grą pozorów, gdy głowy się toczą…
Jarosław Wanecki
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2026