Jarosław Wanecki: Rok Wajdy
Z Jachranki od razu pojechałem do Krakowa, by niemal do północy realizować literacką galę. W Teatrze Słowackiego poza ciężką pracą czekali na mnie wspaniali ludzie, bez których lekarskie koncerty nie byłyby na aż tak wysokim poziomie artystycznym. Światło i dźwięk, drganie desek pod stopami, ruch kurtyn oraz zabobonne chodzenia boso po scenie resetują. Poczułem się wolny.

Następnego dnia w ramach niedzielnego odpoczynku pod Wawelem, postawiwszy do kąta samorządowe rozterki, odwiedziłem Muzeum Manggha i przypomniałem sobie krótkie spotkania z Andrzejem Wajdą. W stulecie urodzin Mistrza Krystyna Zachwatowicz przygotowała w hołdzie mężowi retrospektywną wystawę „o człowieku w nieustannym ruchu, (który) przemieszczał się między miejscami, rolami i zadaniami”.
Dobrze jest czasem, narzekając na przeszkody w realizacji marzeń i ambicji, przyjrzeć się biografiom postaci zapisanych na kartach historii. Najczęściej nie są to drogi usłane płatkami róż, ale raczej hartowane ich kolcami serca. Z biegiem lat, z biegiem dni nikogo nie obchodzi twórcza niemoc, a wszyscy zapamiętują wyłącznie wybijające się ponad przeciętność dzieło.
Populistyczne hasła, pstryczki w nos, śmiech w twarz, zaciśnięte zęby, spuszczone oczy, przezroczystość w grupie, pomijanie w zasługach, przemilczanie w dokumentach, cenzurowanie w fotoreportażach i kciuk opuszczony w mediach społecznościowych mogą niszczyć, ale nie są w stanie pokonać talentu. Ciągła migracja pozwoliła Wajdzie omijać trudności miejsca i czasu, dając zawsze pole do następnej aktywności, do kolejnej akcji.
Podróże artystyczne były zaledwie wstępem do przekraczania granic państw, kultur i języków. Dzieje jego życia są więc przypowieścią o przemieszczaniu się, które nie było ucieczką, ale raczej metodą pracy w ruchu, pozwalającą na tworzenie wspólnej przestrzeni w sztuce, polityce i relacjach międzyludzkich.
W przedsionku muzeum przypadkowo spotkałem lekarzy i dentystów, którzy krakowski weekend także postanowili spędzić w otoczeniu notatek, szkicowników i zdjęć z Andrzejem Wajdą w roli głównej. Reżyser w 1987 r., po otrzymaniu Nagrody Kioto, postanowił zbudować Mangghę i umieścił tam zbiory kolekcjonerskie Feliksa Jasieńskiego, zafascynowanego sztuką japońską.
Dzięki temu ponad piętnaście tysięcy artefaktów z depozytu Muzeum Narodowego trafiło do bezpiecznych magazynów i galerii, w której są sukcesywnie pokazywane. Swoje półwiecze obchodziła tutaj Unia Polskich Pisarzy Lekarzy. Położenie nad brzegiem Wisły jest doskonałym miejscem do podziwiania panoramy Wzgórza Wawelskiego i wspomnień, które przechowują miłośnicy kina, teatru oraz ci, którzy obserwowali społeczno-polityczne zaangażowanie Wajdy w strajki sierpniowe i wybory czerwcowe.
W pamięci osobistej zostały jednak przede wszystkim kadry filmowe i o nich właśnie chwilę rozmawialiśmy, zanim każdy indywidualnie podążył tropami pomysłów, projektów i realizacji Zespołu Filmowego „X”. W kierowanym przez Wajdę przedsiębiorstwie produkcyjnym obowiązywało przesłanie: „Musicie być zdolni, wydajni, energiczni, samodzielni… bo inaczej będziecie musieli się zapisać do partii i robić filmy na polecenie”. Zabrałem te słowa do domu.
Miesiąc wcześniej prowadziłem zebranie towarzystwa teatralnego, omawiając aktywności, które można byłoby zrealizować w Roku Wajdy. Opowiedziałem też o łódzkim seansie zrekonstruowanej „Ziemi obiecanej” (1997) z udziałem niemal wszystkich aktorów arcydzieła, pozujących po projekcji do zbiorowego zdjęcia. Na okładce mojej kasety VHS podpisali się wtedy Wojciech Pszoniak, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn i oczywiście Mistrz. Oto migawka bez większego znaczenia dla wielkich twórców, która posłużyła później do przełamania lodów w rozmowach.
Byliśmy już nawet umówieni na wywiad z Panem Andrzejem do „Gazety Lekarskiej”, do którego ostatecznie nie doszło. Przy koktajlowym stoliku padła wówczas zapowiedź wymiany zdań o lekarzach, chorobach i cierpieniu. A tydzień temu nieprzypadkowo przecież, montując impresję 15. Edycji konkursu „Przychodzi wena do lekarza”, zobaczyłem w pierwszym kadrze (2012) wchodzącego na galę w Teatrze ROMA Andrzeja Wajdę.
Na ścianie Mangghi przeczytałem cytat pasujący do wielu sytuacji na rozdrożu: „Wiem już, czego nie chcę, ale nie wiem jeszcze, czego chcę”. Metodą Wajdy na taki dylemat był ruch do przodu i tworzenie wspólnej, ale także wolnej przestrzeni debaty, sztuki i niekoniunkturalnych relacji. Kto jeszcze tego chce, gdy rozejrzymy się wokół?
Jarosław Wanecki
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6/2026