27 kwietnia 2026

Spinozaur z Genui (wybrane fragmenty)

Chciał powiedzieć o tym, że szkielet spinozaura ukryty w szopie na tyłach domu znaczy tyle, co intymność. Ale takie hasło nie pasowałoby dobrze do przesłania programu. Teraz sprzedaje się siła, uczucie, że możesz więcej za znacznie mniej.

Fot. freepik.com

Nieźle stoi też indywidualizm, o ile jest zręcznie wprasowany w słowa. Intymność to coś, czym się dzieli, a przecież oni nie są akcją charytatywną, nie mogą rozdawać za darmo. Wiesz, Marko, mamy zobowiązania, oczekiwania widzów…

Marko potakuje zmęczony, a makijażystka momentalnie przyklepuje to zmęczenie nową warstwą podkładu. Wchodzą na antenę za pięć minut, na jego oczach szopa nasiąka blaskiem fleszy. Drewniane, liźnięte bejcą deski mają na kilka chwil „emanować czernią grobowych granitów” i on sam powinien przez moment wyglądać najlepiej, jak tylko stary człowiek potrafi.

Edoardo, reżyser programu telewizyjnego do porannej bułki z konfiturą, każe mu powtarzać tekst wystąpienia: – Oto Spinozaur. Wielki jaszczur, symbol potęgi natury, siły, która w nas drzemie.

Staruszek porusza posłusznie ustami i myśli o roku sześćdziesiątym piątym, kiedy odnalazł kość udową na podwórku. Kilof podkradł z warsztatu, kopał głównie w porze obiadowej. Wtedy sąsiedzi chronili się pod dachem przed słoneczną ulewą, a Marko mógł uciec przed ich chciwym wzrokiem.

Pracował ciężko, wydobywając coś, co przerastało jego pojęcie o świecie. Ale czuł, że musi to robić. Wstawać rano i wychodzić w pole po nowe zbiory kości. Może to właśnie była siła, w którą mamy dzisiaj wierzyć?

Marko nigdy tego nie robił.

– No dalej, mio caro! – szepcze Edi. – Spinozaur to też znak, że możemy naturę przekraczać. Bo chociaż nie posiadamy zębów półmetrowej długości, to właśnie my przetrwaliśmy.

Trzeba to przyznać, od czasu wydobycia pierwszego paliczka czuł, że potwora nie sposób ukryć wyłącznie dla siebie. Dwanaście metrów białych zwłok to coś powołane dla świata i świat musi mieć możliwość patrzenia. Jednak przez dziesiątki wieków jaszczurowi udawało się nie zwracać uwagi, przysypiać pod stopami ludzi.

A później przeczekać jeszcze pół stulecia na konopnych sznurach u powały jego szopy. To naiwne, że chciał mieć dinozaura na wyłączność, choć na usprawiedliwienie trzeba dodać, że w chwili wbijania pierwszego szpadla w ziemię nie mógł wiedzieć, że zostanie kiedyś dziadkiem.

– Człowieku, pomyśl tylko, ten dwój smok będzie dzisiaj viralem – Emocje Edoardo unoszą się jak zapach perfum. – Zostanie sławny. Nowa Mona Liza co najmniej. Musisz tylko być naturalny i pokazać wszystkim, ile ta bestia dla ciebie znaczy. (…)

O autorze

Jakub Rewiuk – laureat XIV edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego dla Lekarzy im. Prof. Andrzeja Szczeklika „Przychodzi wena do lekarza” w kategorii studenci. Urodził się w 2002 r. Pochodzi z Nowej Huty, obecnie oddycha oraz biega poza Krakowem, w Bibicach.

W wolnym czasie walczy z grawitacją na sali gimnastycznej lub z gitarowym gryfem, który nie chce wydawać czystych dźwięków. Próbuje swoich sił głównie w szeroko pojętej fantastyce. Publikował w kilku czasopismach („Szortal”, „Silmaris”, „Zapomniane Sny”) i antologiach („Fantazmaty”, „SkierCon”, „Zderzenie światów”).

Dołożył swoją cegiełkę do projektu „24/02/2022” – zbioru opowiadań polskich autorów fantastyki, wydanego z myślą o wsparciu moralnym i finansowym dla broniącej się Ukrainy. Laureat II miejsca w konkursie Instytutu Literatury „Snuj Story” za opowiadanie „Tata, Ania P. i Benek”. Student Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 4/2026