15 lipca 2024

Mała psychoza

Z okien Szpitala Żeromskiego widać Kraków. Jest to możliwe, bo Kraków leży w dołku między wzniesieniami – dobudowana do niego w latach pięćdziesiątych Nowa Huta już się w tym obniżeniu nie zmieściła, więc jest względem starego Krakowa trochę wyżej.

Panorama Krakowa. Foto: pixabay.com

Dzięki temu widzę Kraków w dali już z okien między pierwszym a drugim piętrem, kiedy idę klatką schodową do pacjentów. Wiem, że to Kraków, bo rozpoznaję wieżowiec stojący na rondzie Grzegórzeckim. Tylko dzięki temu wiem, w którą stronę patrzę. Do budynku szpitala wchodzę od strony piwnicy, a potem gubię się w plątaninie korytarzy. Gdybym miała zgadnąć bez patrzenia za okno, w którą stronę świata jestem skierowana, nie wiedziałabym.

Ale zanim zaczną się zabudowania, zaraz za szpitalem rozciąga się łąka. Dziś jest listopadowa – trawy zżółkły, z daleka widać, gdzie ubita ziemia zamienia się w bagno. Łąki nowohuckie są rezerwatem, siedliskiem rzadkich gatunków ptaków. Ale które gatunki ptaków nie są dziś rzadkie?

Do pracy idę między blokami. Nowohuckie bloki skryte są między drzewami, są obsadzone krzewami, kwiatami – codziennie, pokonując tę niewielką odległość, która dzieli mnie od miejsca pracy, przyglądam się tym drzewom, tym ­krzakom i kwiatom, także dziś, w listopadzie, gdy niektóre są już zimowe, suche, zamknięte. Muszę zabrać ich ob-raz ze sobą przez piwnice i korytarze, muszę pamiętać, że tam są, żeby skończyć kolejny dzień.

Dziś po drodze spotkałam stado srok. Sroki są niezwykle zręczne, ale słyszałam, że gdy zbiją się w stado, potrafią być przykre dla innych ptaków, a nawet agresywne wobec ludzi. I tak je podziwiam – dziś jedna próbowała wyciągnąć coś spod powały budynku przychodni i chyba jej się udało, bo odpadła od krawędzi dachu dość nagle i mało brakowało, a nie zdążyłaby wzbić się do lotu przed uderzeniem w chodnik.

Z Żeromskiego mamy ładny widok. Szpital położony jest na gęsto zalesionym terenie – już na etapie planu w budowie uwzględniono park. Wyglądam za okno, odplątując przewody ciśnieniomierza – z sal chorych mam nieco inny widok niż z półpiętra. Codziennie sumiennie kontroluję moich chorych, więc przy okazji i to, co widać z okna – a w dali widzę góry.

Dziś widoczny jest masyw Beskidów. Czasem widać bardzo mało, mgła albo smog ograniczają widoczność, wtedy widzę tylko trawy łąk spowite szarym całunem skraplającej się pary. Czasem, bardzo rzadko, tylko kilka dni w roku, zza Beskidów wychylają się Tatry – szpiczaste szczyty, na końcach białe, wiecznie przysypane śniegiem. Informację o tym ludzie przekazują sobie jak gryps: „Z Nowej Huty widać Ta-try!”. Nie wierzyłam w to, aż pewnego dnia zobaczyłam je na własne oczy. Teraz wyczekuję tych dni – Dni, Kiedy Widać Tatry – wyczekuję, liczę je i zapamiętuję.

Jak długo by potrwało, gdyby wyjść stąd teraz, przejść przez łąki, dotrzeć do Czarnochowic, może zjeść coś w Wieliczce, iść dalej, na Dobczyce – ile by trwało, żeby stąd dojść w Beskid? A potem dalej, przez góry, przez Lubień, Rabkę, Nowy Targ, w Tatry, przez Tatry, i co za Tatrami? Ile by to trwało? Czego do tego trzeba? Odwagi? Samozaparcia? Wyobraźni?

Zdejmuję ciśnieniomierz. Niewiele mogę dla tych ludzi zrobić – nie jestem tu ważna, po prostu uczę się, już kolejny rok. Codziennie raportuję stan tych pacjentów, co więcej mogę dla nich zrobić?

Czasem ich zagaduję. Oni mnie nie widzą – nie wiedzą, jakie są rysy mojej twarzy, ile nad ranem wyskoczyło mi pryszczy, jaki mam kolor włosów. Może widzą oczy? Tak, przez powłoki plastiku mogą dojrzeć kolor moich oczu. Tylko czy ich to interesuje?

Porozumiewamy się krzykiem, bo przyłbica blokuje dźwięk w obu kierunkach. Jaką intymność można uzyskać, nieustannie krzycząc do siebie?

Proszą mnie o różne rzeczy: o leki przeciwbólowe, o przyspieszenie badań, czasem o wypis. A ja niewiele mogę dla nich zrobić. Mogę siąść do komputera i wpisać w system: „Pacjent w stanie ogólnym takim a takim; dolegliwości nie zgłasza – zgłasza ból/dyskomfort/nudności/duszność, akcja serca miarowa/niemiarowa, tętno na obwodzie wyczuwalne/niewyczuwalne, ci-śnienie tyle a tyle” – i liczyć, że ktoś inny, ważniejszy, starszy, mądrzejszy to przeczyta i się tym zajmie. Sześć lat studiów, ale jeszcze prawie nic nie mogę zrobić. Już nawet się nie zastanawiam, czy gdy-bym mogła, to umiałabym. Robię więc, co mogę i umiem – rozmawiam z nimi tym krzykiem, ja, Ukryta w Plastiku, Ta, Która Prawie Nic Nie Może. Nie jestem pewna, ale myślę, że czasem pomaga.

Niczego nie jestem pewna. Kto chciałby mieć niepewnego lekarza? Może i dobrze, że mamy te kosmiczne skafandry. Skrywam za nimi swoją niepewność, nadmiar pytań. Nic nie wywnioskują z mojej twarzy, nie dojdą do żadnych konkluzji po tonie głosu.

Wychodzę z pracy i nie idę prosto do domu – często mam coś do załatwienia na mieście: wizytę w jakimś urzędzie, zakupy – na przykład mleko orkiszowe można kupić tylko na placu Centralnym. Idę więc obok łąk, ciągle wpatrując się w dal. Kupuję u Chińczyka obiad. Chińczyk ma wegańskie dania, mianowicie ryż z warzywami i makaron z warzywami. Kraj jest objęty restrykcjami, nie mogę więc zjeść w środku, ale to nawet lepiej – zabieram obiad na schody przed knajpą, siadam twarzą w kierunku gór i delektuję się resztką dnia. Po lewej mam łąki, po prawej dwa wielkie kominy elektrociepłowni.

Jest listopad, dość chłodno, ale nadal słonecznie. W tym roku w listopadzie prawie nie pada – biorę to za symptom owej apokaliptycznej suszy, nadciągającej nieubłaganie do naszego świata na nasze własne zaproszenie. Patrzę na swój obiad w plastikowym opakowaniu, trochę mnie to opakowanie gryzie, ale nie jakoś bardzo – w szpitalu wyprodukowałam dziś tyle plastiku, że to opakowanie zmieściłoby się w błędzie pomiarowym dla masy worka śmieci, który tam zostawiłam.

Wystawiam twarz do słońca. Jest listopad, ale grzeje mocno. Zamykam oczy: drzewa, krzewy, kwiaty, sroki, mgła, Tatry. Idę na przełaj przez łąki. Przede mną Beskid. Czarnochowice, Wieliczka, Dobczyce, Lubień, Rabka, Nowy Targ – Tatry. Za Tatrami wszech-świat.

Tak sobie myślę, że w tym zawodzie umiejętność włączenia trybu małej psychozy jest niezwykle przydatna.

Adrianna Beczek, laureatka X edycji Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego im. Profesora Andrzeja Szczeklika „Przychodzi wena do lekarza” (III miejsce w kategorii Proza)

O autorce

Antropolożka i lekarka, stażystka w Szpitalu Specjalistycznym im. Stefana Żeromskiego w Krakowie, studentka w Instytucie Etnolo-gii i Antropologii Kulturowej Uniwersytetu Jagiellońskiego, absolwentka Wydziału Lekarskiego tej uczelni. Jej zainteresowania obejmu-ją antropologię i filozofię medycyny, ze szczególnym uwzględnieniem problematyki młodych lekarzy i studentów medycyny. Związkowczyni. Mieszka w Nowej Hucie.