Wywiad lekar(s)ki: Między rzetelnością i kontrowersją (wideo)
Tradycyjny model, w którym lekarz to niedostępny półbóg, a pacjent ma tylko potakiwać, powoli odchodzi w przeszłość. Internet uczynił nas bardziej ludzkimi – mówi Michał Głuszek, lekarz zajmujący się ortopedią, prowadzący w mediach społecznościowych profile „Medycyna na łatwo”, w rozmowie z Marią Kłosińską.

30 czerwca obchodzimy Światowy Dzień Mediów Społecznościowych. Chciałabym, aby ta rozmowa była zestawieniem dwóch perspektyw: czy lekarze obecni dziś w internecie korzystają z budowanego przez pokolenia autorytetu zawodu, czy raczej podtrzymują zaufanie pacjentów do medycyny opartej na wiedzy i specjalizacji w świecie pełnym szarlatanów i influencerów?
Myślę, że media społecznościowe zmieniły wszystkich. W kwestii komunikacji sprawiły, że zeszliśmy z ambony, skończył się monolog, a zaczął się dialog. Ale zmieniło to także to, jak myślimy o pacjentach i chorobach. Dawniej lekarz widział pacjenta tylko przez 15 minut w gabinecie albo na stole operacyjnym. Dziś widzimy kontekst społeczny choroby. Widzimy, jakimi lękami i mitami karmi pacjentów internet. Rozumiemy, dlaczego pacjent nie bierze leków albo odkłada operację. Widzimy, jak szeroki jest zakres form leczenia, których sami w naszej praktyce akurat nie stosujemy.
Czy dziś lekarz, którego nie ma w internecie, nadal istnieje zawodowo i jest opiniotwórczy?
Oczywiście, że tak. Uważam, że nie ma nic złego w nieposiadaniu mediów społecznościowych, nawet jest to dla samego użytkownika w wielu aspektach korzystne, jest lepsze dla zdrowia psychicznego. Ktoś, kto ma renomę, nie potrzebuje ich do niczego. Natomiast z opiniotwórczością sprawa wygląda zupełnie inaczej. Jeśli nie ma cię w internecie, to oddajesz pole walki o opinię publiczną walkowerem. Możesz być wybitnym profesorem, ale jeśli twój głos słyszy tylko 15 studentów na wykładzie, a filmik influencera-szarlatana milion ludzi, to kto realnie kształtuje opinię publiczną?
Czy media społecznościowe stworzyły nowy rodzaj hierarchii w środowisku lekarskim oparty bardziej na zasięgach niż na doświadczeniu czy dorobku?
Na pewno nie zastąpiły wcześniejszej hierarchii, ale stworzyły obok niej alternatywną strukturę. I to bardzo demokratyczną. Dawna hierarchia medyczna opierała się – i słusznie – na latach spędzonych przy stole operacyjnym, publikacjach i tytułach. Ale miała jedną wadę – czasem była bardzo skostniała, a młody lekarz nie miał prawa głosu, nawet jeśli miał rację i opierał się na najnowszych badaniach.
Zasięgi w sieci nie czynią nikogo lepszym operatorem czy diagnostą. Lajki nie operują. Ale media społecznościowe dały podmiotowość. Sprawiły, że o wartości głosu lekarza czy kogokolwiek innego nie decyduje już tylko to, czy jest ordynatorem i czy ma 60 lat, ale to, czy mówi mądrze, rzetelnie i potrafi to obronić faktami. To jest akurat ta strona mediów społecznościowych, która nie jest patologią, to zdrowa cyfryzacja debaty medycznej.
Lekarze na całym świecie coraz częściej wchodzą do internetu i zaczynają mówić własnym głosem o systemie, pacjentach, emocjach i kulisach zawodu. Dlaczego środowisko lekarskie przestało oddawać narrację o medycynie wyłącznie mediom i politykom?
Wszystkie grupy społeczne weszły do mediów społecznościowych, i lekarze nie są w tej kwestii wyjątkiem. A narrację przejęliśmy, dlatego że jesteśmy w stanie lepiej opisać rzeczywistość niż media i politycy. Kto opowie o realiach naszej pracy lepiej niż my sami? Pokazujemy prawdę bez lukru, bez politycznej poprawności, ale też bez nagonki. Pokazujemy absurdalną biurokrację, braki kadrowe, zmęczenie, ale i pasję. Przejęliśmy narrację, bo internet dał nam nasze własne, niezależne media bez cenzury. Nie jest tak, że we wszystkim mamy rację, jest to miejsce debaty, w którym inni mogą zwrócić nam uwagę na to, w czym racji nie mamy.
Czy internet bardziej zbliżył lekarzy do pacjentów? A może odebrał nam potrzebny dystans?
Media społecznościowe zbliżyły wszystkich. Skróciły dystans i to w większości dobrze, bo tradycyjny model, w którym lekarz to niedostępny półbóg, a pacjent ma tylko potakiwać, powoli umiera. Internet uczynił nas bardziej ludzkimi. Pacjent widzi, że pod fartuchem jest człowiek, który też ma gorszy dzień, pasje i poczucie humoru. Ale jest też druga strona medalu. Lekarz w sieci nie może być „kumplem z piaskownicy”. Potrzebny dystans nie wynika z pychy, ale z odpowiedzialności. Pacjent musi wiedzieć, że w internecie możemy pogadać luźno, ale w gabinecie to ja biorę odpowiedzialność za jego zdrowie i decyzje terapeutyczne muszą opierać się na twardych faktach, a nie na internetowej sympatii.
Czy lekarz powinien pokazywać w internecie emocje, zmęczenie i frustrację, czy jednak nasz zawód nadal wymaga pewnej powściągliwości?
Zdecydowanie powinien, bo przez lata udawania, że jesteśmy ze stali, wyhodowaliśmy w społeczeństwie mit bezdusznego lekarza, który śpi na pieniądzach i nic go nie obchodzi. Jeśli po 24-godzinnym dyżurze na SOR-ze nie powiem głośno, że jestem skrajnie zmęczony, to pacjent rano uzna moją mniejszą wylewność za arogancję. Pokazywanie frustracji wywołanej przez wadliwy system to budowanie społecznego zrozumienia. Ma to swoje granice. Nie jestem fanem uprawiania publicznego, toksycznego narzekania dla samych lajków.
Gdzie kończy się edukacja zdrowotna, a zaczyna budowanie marki osobistej?
To są dwie różne rzeczy, które się uzupełniają. Powiedzmy wprost: edukacja bez dobrego opakowania w postaci np. silnej marki osobistej ma dzisiaj 100 wyświetleń. Żeby przebić się przez szum informacyjny i algorytmy, musisz być wyrazisty, a to samo tworzy markę osobistą. Edukacja kończy się tam, gdzie lekarz zaczyna używać swojego autorytetu i pieczątki do wciskania ludziom niesprawdzonych suplementów, diet cud czy zabiegów niemających oparcia w wiedzy, tylko dlatego że producent zapłacił za post sponsorski. Jeśli marka służy do tego, by pacjent trafił do bezpiecznego gabinetu – to jest świetna rzecz. Jeśli służy pompowaniu ego i portfela kosztem rzetelności – jest to manipulacja.
Masz doświadczenie pracy w Polsce i w Niemczech. Czy polski lekarz funkcjonuje dziś pod większą społeczną presją niż lekarz na Zachodzie, także w internecie?
W Niemczech nie widzę takiej kultury pisania komentarzy w mediach społecznościowych. Nie dotyczy to tylko oceny lekarzy, ale wszystkiego. Na pewno nie widziałem też powtarzających się serii artykułów surowo oceniających pracę lekarzy w krajowych czasopismach. Ochrona zdrowia jest tam bardziej wydolna, więc pacjent ma mniej powodów, żeby się złościć. Dużo lepiej przyjmuje informację, że będzie miał zabieg za trzy miesiące, a nie za dwa lata. W Polsce lekarz jest zderzakiem wadliwego systemu. Ponosimy odpowiedzialność za kolejki do specjalistów, brak sprzętu czy problemy organizacyjne wynikające z prawa.
Czy duże zasięgi w medycznych mediach społecznościowych są dziś bardziej przywilejem, czy odpowiedzialnością?
Zasięgi dają przywilej dotarcia do ludzi, ale i świadomość, że nie mówisz już tylko do studentów na sali wykładowej. Mówisz do żywego, często zdezorientowanego, pacjenta. Każdy twórca medyczny powinien co wieczór robić rachunek sumienia z tego, co wrzucił do sieci.
Algorytmy mediów społecznościowych premiują dziś bardziej rzetelność czy kontrowersję?
Zdecydowanie kontrowersje i wywołanie emocji u widza, by chętniej skomentował, po raz kolejny coś obejrzał, udostępnił. Do tego najlepsza jest kontrowersja czy nawet polaryzacja. Rzetelna, nudna medycyna opisywana akademickim językiem przegra w pierwszej sekundzie z sensacją.
Twoje materiały są charakterystyczne: budujesz je na kontraście, emocji i zderzaniu dwóch światów, dwóch stron medalu medycznego problemu czy tematu związanego z ochroną zdrowia. Czy da się być jednocześnie popularnym i merytorycznym twórcą medycznym?
Są twórcy, którzy pokazują, że tak. W mediach społecznościowych, gdzie trzeba walczyć o uwagę od pierwszej sekundy, trzeba kombinować, bo nie zawsze jest łatwo przedstawić coś w ciekawy sposób. Używam kontrastu, humoru, czasem z początku prowokacyjnego dialogu, żeby zatrzymać widza, który często jak my wszyscy bezmyślnie przewija ekran. Ale kiedy ten widz już jest zatrzymany, staram się przemycać w środku materiału coś wartościowego. Jakąś informację, wiedzę, perspektywę drugiej strony. Da się to zrobić, ale wymaga to czasem kreatywności i odejścia od sztywnej nowomowy.
Czy zdarzyło się, że nie opublikowałeś materiału, chociaż wiedziałeś, że „zrobiłby zasięg”, bo uznałeś, że byłby nieuczciwy wobec pacjentów lub środowiska?
Wielokrotnie nie nakręcałem pomysłów z praktycznie gotowym scenariuszem, np. opartym na skrajnych, jednostkowych patologiach systemowych, błędach czy nieetycznym postępowaniu kolegów. Wiem, że film o jakimś absurdalnym, jednostkowym zachowaniu lekarza wykręciłby miliony wyświetleń, bo internet karmi się skandalami. Ale nie publikuję tego, ponieważ uogólnianie takich przypadków byłoby głęboko nieuczciwe wobec tysięcy lekarzy, którzy codziennie ciężko i uczciwie pracują na oddziałach. Nie chcę budować zasięgów na niszczeniu i tak już nadszarpniętego zaufania pacjentów do całego środowiska.
Co jest dziś większym zagrożeniem dla pacjenta: brak lekarzy w internecie czy obecność lekarzy nierzetelnych?
Internet będzie istniał z nami lub bez nas i pustka po lekarzach zostanie wypełniona kimś innym. Przez ignorowanie mediów społecznościowych nie zmienimy niczego i godzimy się, by narracja szła obok nas. Byłbym ostrożny wobec twierdzeń, że ten albo tamten lekarz jest nierzetelny – w wielu dziedzinach medycyny nie ma jednoznacznych wytycznych, różne towarzystwa naukowe zalecają różne postępowanie, lekarz ma też prawo leczyć off label. Problemem jest to, gdy ktoś, kto ma dyplom, prawo wykonywania zawodu i autorytet, w internecie dla zasięgów lub pieniędzy głosi teorie jawnie sprzeczne z wiedzą medyczną i selektywnie pomija publikacje niezgodne z jego narracją.
W pewnym momencie przestałeś być wyłącznie internetowym twórcą medycznym, a wszedłeś także do struktur samorządu lekarskiego jako członek Dolnośląskiej Rady Lekarskiej i delegat na Krajowy Zjazd Lekarzy. Czy aktywność w mediach społecznościowych pomaga lepiej rozumieć środowisko i problemy lekarzy, czy przeciwnie: w pewnym sensie utrudnia funkcjonowanie w strukturach, które wymagają długiego procesu dochodzenia do decyzji, nieraz kompromisu i dużej odpowiedzialności za słowo?
Uważam, że media społecznościowe to radary społeczne. W dniu wrzuceniu materiału o ucieczce lekarzy ze szpitali do poradni albo o problemach młodych rezydentów z dostępem do stołu operacyjnego mam w komentarzach i wiadomościach prywatnych dziesiątki relacji od lekarzy z całej Polski. Nie muszę zgadywać, co boli środowisko – wiem to z pierwszej linii frontu. I tę surową, autentyczną wiedzę mogę przynieść na posiedzenie rady lekarskiej. Internet daje mi diagnozę, a izba to miejsce, gdzie wspólnie szukamy systemowej recepty. Po upublicznieniu informacji, że jestem w radzie lekarskiej, lekarze z Dolnego Śląska zaczęli pisać z problemami bezpośrednio do mnie, co pozwala mi podjąć jakieś działania, żeby ten problem rozwiązać.
Czy lekarze w mediach społecznościowych mają dziś realny wpływ na debatę publiczną dotyczącą ochrony zdrowia?
Mają ogromny wpływ, i z każdym rokiem jest on większy. Zobaczmy, co się dzieje, gdy Ministerstwo Zdrowia próbuje nagle wdrożyć bubel prawny albo gdy pojawia się próba ręcznego sterowania samorządem. Kiedyś taka sprawa przeszłaby po cichu w gabinetach. Dzisiaj, gdy kilkunastu medycznych twórców z dużymi zasięgami nagłośni temat w mediach społecznościowych, w ciągu kilku godzin sprawę podchwytują ogólnopolskie media głównego nurtu, a politycy muszą się gęsto tłumaczyć i wycofywać z chybionych pomysłów. Social media dały nam, lekarzom, realną czwartą władzę. Przełamaliśmy monopol urzędników na informowanie o stanie ochrony zdrowia.
Za nami historyczna zmiana Kodeksu Etyki Lekarskiej. W art. 71 pojawił się zapis: „Lekarz tworzy swoją zawodową opinię na podstawie wyników swojej pracy. Lekarz jest uprawniony do posługiwania się informacją o oferowanych usługach z zastrzeżeniem, że taka informacja będzie zgodna z zasadami etyki lekarskiej”. Oraz „Niedopuszczalne jest wykorzystywanie autorytetu lekarza do promowania usług niezwiązanych z wykonywaniem zawodu lekarza”. Czy lekarze uczciwie podchodzą do granic obecności lekarza w mediach społecznościowych?
To dobra, a nawet konieczna zmiana. Sytuacje, w których lekarz, używając tytułu naukowego, reklamował luksusowe garnki, kremy przeciwzmarszczkowe czy niesprawdzone suplementy diety, były głębokim nadużyciem zaufania publicznego. Pamiętajmy, że na szacunek do pieczątki lekarskiej pracowały pokolenia wybitnych medyków. Nie można tego kapitału marnować dla szybkich zysków z kampanii reklamowej niezwiązanej z medycyną.
Czy lekarz w internecie powinien mieć większą wolność wypowiedzi niż inni twórcy, czy przeciwnie: większe ograniczenia wynikające z autorytetu zawodu?
Uważam, że musi mieć większe ograniczenia niż inni twórcy. Nasze słowa ważą więcej. Zwykły influencer, gdy pomyli się w recenzji telefonu, narazi kogoś na stratę kilkuset złotych. Lekarz, który poda nierzetelną informację w internecie, ryzykuje zdrowie i życie ludzi. Ta świadomość musi determinować każdą naszą aktywność w sieci. Natomiast nie zmienia to faktu, że mamy wolność wypowiedzi. To, że zostajemy lekarzami, nie odbiera nam praw człowieka. Możemy podważać obowiązującą wiedzę, możemy krytykować, natomiast niech to będzie w sposób merytoryczny. Nie powinniśmy budować narracji podważającej zaufanie do całego środowiska, do tego sprzedając swoje własne suplementy, i celem korzyści majątkowej być fanem jednej ideologii zdrowotnej.
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 6/2026