Jakub Sieczko: Czego uczy nas doktor Kacprzyk?

Własnej przyzwoitości i spokoju ducha nie warto sprzedawać za dodatkowe zera na fakturach.

Fot. arch. prywatne

Na przełomie tysiącleci opinią publiczną wstrząsnęła afera „łowców skór”. Dziś Polaków elektryzują doniesienia z warszawskiego Szpitala Południowego. Wszystko za sprawą 29-letniego Dawida Kacprzyka – rezydenta anestezjologii, który został milionerem, radnym, koordynatorem (nie mylić z ordynatorem) SOR, a i na błyszczenie w mediach czasu mu starczało.

W 2003 r., gdy przygotowywałem się do egzaminu na studia medyczne, wziąłem udział w spotkaniu informacyjnym dla maturzystów. Ówczesny prodziekan wydziału lekarskiego jednej z najbardziej prestiżowych polskich uczelni medycznych wygłosił na nim płomienną przemowę. Oburzał się i drwił z doniesień na temat rzekomego podawania przez lekarzy leku zwiotczającego mięśnie w celu przyspieszenia śmierci pacjentów. Dodał również – pamiętam jak dziś – że za to, że żaden lekarz do tak haniebnych czynów by się nie posunął, dałby sobie uciąć rękę. Kilka lat temu spotkałem profesora. Jego ręce miały się dobrze.

Najgorsze, co moglibyśmy zrobić z trwającym kryzysem, to nazwać go tylko nieuzasadnioną nagonką. Zakryć uszy, zamknąć oczy i zatkać nos, żeby nie poczuć, że coś tu jednak śmierdzi. Straty wizerunkowe, które doktor Kacprzyk i jego wesoła ferajna ze Szpitala Południowego przynieśli naszemu zawodowi, są ogromne i godzą w zaufanie do każdego i każdej z nas – w ogromnej większości przecież Bogu ducha winnych. Pamiętam, ile sam zarabiałem jako 29-letni rezydent anestezjologii.

Moje roczne zarobki nie sięgały wówczas nawet dziesięciu procent przychodów bohatera historii w Szpitalu Południowym. Ogromna większość polskich lekarzy i lekarek nie wpisuje na fakturach niewypracowanych godzin, nie dyżuruje równolegle w kilku miejscach. Nie przyszłoby nam nawet do głowy, żeby dwa lata po otrzymaniu pełnego prawa wykonywania zawodu myśleć o obejmowaniu funkcji kierowniczych. Dawid Kacprzyk jest jednak jednym z nas – choć, oględnie mówiąc, wielkiej kariery w polskiej ochronie zdrowia już mu nie wróżę.

Za sprawą afery w Szpitalu Południowym pojawiła się emocja społeczna. Dostaje się lekarzom przyzwoitym i uczciwym. Ale tak to z emocjami bywa – nie rządzą się prawami ważenia racji i racjonalnej analizy. Są dżinem wypuszczonym z butelki, którego nijak do tej butelki wepchnąć się nie da. Nie pomagają też kolejne doniesienia medialne: jak choćby o aferze w Miastku, gdzie, według Wirtualnej Polski, neurochirurdzy krótkie procedury rozliczali jako długie i skomplikowane świadczenia, dzięki czemu ich stawka godzinowa wynosiła nawet 26 tys. zł.

Choć możemy (słusznie) czuć się traktowani niesprawiedliwie, kiedy wrzuca się nas z doktorem Kacprzykiem do jednego worka, to nie funkcjonował on przecież w próżni. Ktoś mu na taką karierę pozwolił. Ktoś mu te faktury podpisywał. Ktoś tę podejrzaną działalność i rosnące wpływy widział. Zgorszenie było publiczne i ewidentne. Jeśli ten kryzys, choć teraz boli, ma nas – polskich lekarzy i polskie lekarki – czegoś nauczyć, niech przypomni o wadze jednego słowa: umiarkowanie. Styk dużych pieniędzy i pracy polegającej na dbaniu o zdrowie innych ludzi bywa ogromnie niebezpieczny. Niedoskonały, czasami zupełnie nieracjonalny, system niektórych kusi.

Dziś problemem moralnym naszego środowiska nie są łapówki. Teraz kusić potrafią wysokie stawki w placówkach o wątpliwych standardach, układy towarzysko-zawodowe osób na wysokich stanowiskach, prowadzenie prywatnej praktyki przy jednoczesnym zarządzaniu jednostką publiczną. Te pokusy nie znikną, nawet gdy doktora Kacprzyka osądzimy surowo i bezwzględnie.  

W Polsce 2026 lekarza specjalistę, który nie może pozwolić sobie na życie na przyzwoitym poziomie (ładne mieszkanie, dobry samochód, wakacje za granicą, dzieci w prywatnych szkołach) trzeba by szukać ze świecą. Okazja jednak czyni złodzieja. Gdy do kogoś z nas taka okazja zapuka, przypomnijmy sobie historię Dawida Kacprzyka. Uczy nas ona, że nasz zawód zawsze będzie związany ze szczególnymi powinnościami moralnymi. I że własnej przyzwoitości i spokoju ducha nie warto sprzedawać za dodatkowe zera na fakturach.

Gdybym miał polecić koleżankom i kolegom film, który najlepiej oddaje tę przestrogę, byłaby to ostatnia część „Dekalogu” Kieślowskiego – ze Stuhrem i Zamachowskim, o pożądaniu rzeczy. Tam chodziło o kolekcję znaczków pocztowych, ale mechanizm jest przecież ten sam. Krzysztof Piesiewicz, współscenarzysta filmu, zapytany kiedyś o jego przesłanie, odpowiedział: „Miarkuj, bo jeśli nie, to cię zniszczy”. I tego właśnie powinniśmy się trzymać.

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026