13 czerwca 2024

To, ile potrwa pandemia, jest z pogranicza futurologii i bycia wróżką

Z dr. hab. Tomaszem Dzieciątkowskim, wirusologiem, mikrobiologiem, adiunktem w Katedrze i Zakładzie Mikrobiologii Lekarskiej Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, asystentem w Zakładzie Mikrobiologii Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM, rozmawia Mariusz Tomczak.

Foto: arch. prywatne

Od ponad roku trwa pandemia. Pewnie wiele osób pyta pana, jak długo będziemy walczyć z COVID-19.

Dr hab. Tomasz Dzieciątkowski: Bardzo nie lubię pytań o to, ile jeszcze potrwa pandemia. Dotyczą one pogranicza futurologii i bycia wróżką, od czego staram się być daleki. Obawiam się jednak, że pandemia nie zakończy się w tym roku, a być może będziemy mieli z nią do czynienia jeszcze w pierwszym półroczu 2022 r.

To, jak dużo czasu zajmie walka z COVID-19, zależy w dużej mierze od nas, czy jako społeczeństwo będziemy zachowywać się zdroworozsądkowo i przestrzegać zaleceń sanitarnych, ale również od tego, na co nie mamy wpływu, np. dostaw szczepionek i realizacji harmonogramu szczepień.

To, z czym mamy obecnie do czynienia w Polsce, to druga czy trzecia fala pandemii?

Każdy, kto ma podstawowe zdolności matematyczne, łatwo sprawdzi, jak wyglądały wzrosty zakażeń w ciągu ostatniego roku. Kiedy od kwietnia do czerwca 2020 r. na południu i zachodzie Europy doszło do pierwszej fali pandemii, w Polsce – w porównaniu z tamtymi krajami – nie obserwowaliśmy wielkiej liczby zakażeń SARS-CoV-2, bo z powodu lockdownu i odpowiedzialnego zachowania społeczeństwa krzywe zakażeń uległy wypłaszczeniu. Taka sytuacja trwała do sierpnia, a nawet września.

Jednak jesienią doszło do dużego wzrostu zakażeń, a ich szczyt u nas przypadł na listopad i grudzień. Na wykresach ten pik w Polsce był dopiero pierwszym, a na zachodzie Europy – drugim. Później nastąpił spadek liczby zachorowań, ale od pewnego czasu obserwujemy kolejne wzrosty. W marcu 2021 r. w części naszego kontynentu doszło do trzeciego szczytu zachorowań, ale w Polsce to tak naprawdę dopiero druga fala.

Czy działania rządu dotyczące wprowadzania obostrzeń są przemyślane i skuteczne?

Wprowadzaniu reżimu sanitarnego nie towarzyszy spójny przekaz informacyjny. Z perspektywy czasu sukcesem można określić decyzje rządu i postępowanie społeczeństwa sprzed roku, kiedy rozpoczynała się pandemia.

Mieliśmy do czynienia z interwencją bardzo szybką, choć wówczas wydawała się ona bardzo wyprzedzająca. Okazała się jednak niezwykle skuteczna, choć później zostało to niestety trochę zaprzepaszczone. Restrykcje, bez względu na to, czy są zaostrzane, czy luzowane, powinny być przestrzegane, a z tym jest obecnie pewien kłopot.

Z powodu wzrostu liczby zakażeń na początku marca rząd zdecydował o uruchomieniu szpitali tymczasowych w ponad połowie województw. Jak pan to ocenia?

Każdy może samodzielnie odpowiedzieć na pytanie, czy szpitale tymczasowe są potrzebne, czy też nie. Wystarczy sobie przypomnieć okoliczności powstania placówki na Stadionie Narodowym w Warszawie, jakie było jej obłożenie, ilu pacjentów trafiło do innych szpitali tymczasowych w kolejnych tygodniach, jakie wymagania należało spełnić, żeby pacjent został tam przyjęty. Szpital Narodowy znacznie bardziej niż pacjentom covidowym przydaje się obecnie w trakcie akcji masowych szczepień.

W najbogatszych krajach coraz więcej osób jest zaszczepionych, ale w tych mniej zamożnych brakuje szczepionek, nie wspominając o Afryce, gdzie sytuacja jest jeszcze gorsza.

Program szczepień przeciw COVID-19 trwa w Ameryce Północnej, w Europie, w Azji czy w Ameryce Południowej, gdzie wiele osób przyjęło szczepionkę chińską albo rosyjską. Niedawno szczepienia rozpoczęły się w Australii i Japonii.

Afryka Równikowa, pomijając kraje Maghrebu czy RPA, stanowi czarną dziurę. Trudności w dostępie do szczepionek to jedno, ale zwróćmy uwagę na deklaracje prezydentów niektórych afrykańskich krajów, którzy mówią wprost, że nie planują szczepić swoich obywateli nawet jeśli za pośrednictwem WHO otrzymają dawki za darmo. Zapowiedziały to m.in. władze Tanzanii czy Madagaskaru.

To może stanowić poważne zagrożenie dla reszty świata, bo SARS-CoV-2 ma cechę zmienności genetycznej, tylko gdy replikuje się w żywym organizmie. Oznacza to, że jeśli zostaliśmy zaszczepieni, nie dojdzie z dużym prawdopodobieństwem do replikacji wirusa, a co za tym idzie, maleje perspektywa jego mutacji. Jeżeli w niektórych krajach będą tliły się ogniska epidemiczne, łatwiej będzie o jego zmienność, a więc istnieje ryzyko, że któryś ze szczepów zmutuje na tyle, że może stać się poważnym wyzwaniem także dla mieszkańców innych kontynentów, bo dotychczasowe szczepionki przestaną na niego działać.

To dlatego, jak powiedział pan w jednym z wywiadów, wirus SARS-CoV-2 jest niczym kameleon?

Ze względu na zmienność, SARS-CoV-2 stanowi poważne wyzwanie dla lekarza klinicysty. Rok temu uważaliśmy, że gros zakażeń nim dotyczy układu oddechowego, a tylko trochę mówiono o powikłaniach ze strony układu sercowo-naczyniowego. To się bardzo zmieniło. W tej chwili uważa się, że nie ma organu, który nie mógłby zostać dotknięty w wyniku zakażenia. Powikłania bywają bardzo różne i zdarza się, że wśród danej populacji objawy COVID-19 są zupełnie odmienne niż gdzie indziej.

Czy mimo trwającej pandemii są jakieś powody do optymizmu?

Cieszyć się należy z tego, że mamy Narodowy Program Szczepień, choć jego wdrażanie to zupełnie osobna kwestia. Dobrze, że jest ten dokument i że Polska zdecydowała się na dywersyfikację zakupu szczepionek w ramach UE, w związku z czym możemy szczepić się różnymi preparatami w zależności od tego, jaki jest do nich dostęp. Holandia zdecydowała się tylko na wybór Astry Zeneki, przez co prawie dwa miesiące jej obywatele byli pozbawieni szczepionek, a my mogliśmy kontynuować akcję preparatami firm Pfizer czy Moderna.

Cieszę się z rozwoju wakcynologii i przyspieszenia badań klinicznych na całym świecie. Obecnie artykuły poświęcone SARS-CoV-2 i COVID-19 są dostępne za darmo, więc każda osoba, nie tylko naukowcy, może się z nimi zapoznać w internecie. Na podstawie tego piśmiennictwa powinno się weryfikować sporą część publikacji dotyczących pandemii, zwłaszcza tych w najbardziej popularnych mediach i portalach społecznościowych, gdzie od kilku miesięcy trochę żeruje się na sensacji.