Nie przenośmy katastrofy do szpitala (cz. 2)

W poprzednim numerze pisaliśmy o problemach związanych z udzielaniem pomocy medycznej w miejscu zdarzenia masowego. Teraz przyjrzymy się bliżej organizacji pracy szpitali, do których trafiają ranni z takiego wypadku.

Foto: Marta Jakubiak

Opanowanie chaosu tam, gdzie doszło do katastrofy, to nie koniec kłopotów służb medycznych. Poszkodowanych trzeba przetransportować – szybko i do odpowiednich miejsc – co w warunkach zdarzenia masowego może być szczególnie trudne. Po pierwsze, jest ich wielu, po drugie – znaczna ich część ma ciężkie urazy.

Właściwa alokacja

Centrum Urazowe w Wojskowym Instytucie Medycznym. Wysokospecjalistyczna jednostka, która jest znakomicie przygotowana na pomoc osobom z zagrażającymi życiu obrażeniami ciała. Na pewnym dyżurze, niemal jednocześnie, przyjeżdżają cztery zespoły ratownictwa medycznego. Każdy z pacjentem z urazami wielonarządowymi. Kilku tak ciężko rannych to maksimum, które mogą przyjąć. Nietrudno się domyślić, że możliwości oddziału ratunkowego w zwykłym szpitalu powiatowym są znacznie bardziej ograniczone.

Pierwsza część artykułu tutaj.

– Dlatego przy wypadku masowym ogromnie ważna jest odpowiednia koordynacja transportem poszkodowanych. Tak, aby żadna z placówek nie była nadmiernie obciążona napływem rannych. To niestety nie działa w praktyce, i to wcale nie w warunkach zdarzenia masowego, a na co dzień. Jestem na dyżurze. Mam trzech pacjentów w bardzo ciężkim stanie, dzwonię do dyspozytorni, że nie damy rady przyjąć więcej osób, ale i tak nam przywożą kolejnych. Samo dostarczenie pacjenta do bram szpitala nie spowoduje, że będzie uratowany. To jest niestety codzienność. Apeluję o większy rozsądek w tej sprawie – mówi Krzysztof Karwan, specjalista medycyny ratunkowej, zastępca kierownika SOR-u, który jest częścią Centrum Urazowego WIM.

Pewnie byłoby lepiej, gdyby udało się usprawnić system raportowania szpitali na temat dostępnych łóżek na OIOM-ie czy innych oddziałach, o wolnych salach operacyjnych. – Jest problem z przepływem tych informacji. Szpitale aktualizują dane co kilka godzin. To zbyt rzadko, przez co nie ma rzetelnego obrazu, gdzie w danej chwili najlepiej przewieźć pacjenta. Paradoksalnie, robiąc zakupy w sklepie internetowym wiemy od razu, ile jest produktów dostępnych, a w służbie zdrowia nie potrafimy takiego prostego efektu uzyskać. Dopóki tego nie naprawimy, nie będziemy w stanie skutecznie działać – uważa Krzysztof Karwan.

Po pierwsze: procedura

Dyżur, w czasie którego dojdzie do katastrofy lotniczej, zderzenia autokaru czy innego wypadku z udziałem wielu poszkodowanych, może zdarzyć się każdemu. Szpital, w tym przede wszystkim szpitalny oddział ratunkowy, w warunkach masowego napływu rannych działa w sposób szczególny. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim rannym w zdarzeniu. – Mamy ograniczoną ilość stanowisk resuscytacyjno-zabiegowych i personelu medycznego. Ogranicza nas liczba stanowisk operacyjnych i miejsc na oddziale intensywnej terapii, przepustowość działu laboratoryjnego, dostępność do preparatów krwiopochodnych. Do tego jeszcze długi ogonek „codziennych” pacjentów, którzy z powodu przeróżnych dolegliwości oblegają SOR. Nie wystarczy pracować więcej i szybciej. Bez wdrożenia odpowiedniej procedury nie mamy szans na sprawne przeprowadzenie akcji ratunkowej – wylicza doktor Karwan.

Pierwsza część artykułu tutaj.

– Praca zaczyna się w chwili otrzymania informacji o wystąpieniu katastrofy i możliwym masowym napływie rannych. Starszy lekarz aktualnie dyżurujący w SOR musi ustalić, ilu „czerwonych” jest w stanie przyjąć. Nie przenośmy katastrofy do szpitala. Po to kontaktujemy się z dyspozytorem, aby mu powiedzieć, ilu i jakich rannych możemy zaopatrzyć. Trzeba też zabezpieczyć miejsca na salach operacyjnych i OIOM-ie, przygotować swój oddział na przybycie rannych, w tym obsadzić stanowiska resuscytacyjne i zabezpieczyć odpowiednią ilość leków, opatrunków i mobilnej aparatury do diagnostyki obrażeń ciała. Warto przejść na maksymalnie uproszczoną dokumentację papierową – wymienia Maciej Błaszczyszyn, lekarz szpitalnego oddziału ratunkowego WIM.

I następna ważna rzecz – wyznaczyć osoby do kontaktu z mediami i rodzinami poszkodowanych. – Koniecznie ustalmy też koordynatora, który będzie zarządzał przepływem poszkodowanych i decydował o sposobie ich zabezpieczania. Przygotujmy też szpitalny punkt segregacji medycznej, najlepiej poza obszarem SOR-u. Podział jest prosty: natychmiastowi i pozostali – podpowiada z kolei Krzysztof Karwan.

Nie jesteśmy sami

Zaistniała sytuacja to nie problem wyłącznie SOR-u, ale całego szpitala. Trzeba poinformować kierownictwo placówki i pozostałe oddziały o masowym napływie rannych. Być może na którymś z oddziałów jest przyłóżkowe RTG, którego potrzebujemy? Na pewno za to są ludzie, których nam brakuje. – Nie jesteśmy sami. Na misji wojskowej w Afganistanie, w polskim szpitalu w Ghazni, działaliśmy według procedur amerykańskich. Cały personel wiedział, gdzie ma się kierować i co robić. Brakuje mi tego w polskim szpitalu. Podczas gdy na dole, w SOR-ze, dzieje się piekło, to na górze, czyli innych oddziałach, lekarze o niczym nie wiedzą i spokojnie piją kawę – zauważa Robert Brzozowski, chirurg, kierownik Zakładu Medycyny Pola Walki Wojskowego Instytutu Medycznego.

Jak optymalnie wzmocnić personel SOR-u? – Nie chodzi o uzupełnienie kadry na pierwszej linii, czyli na stanowiskach resuscytacyjno-zabiegowych. Oni są zgrani i dokooptowanie nowych ludzi może tylko wprowadzić zamieszanie. Lekarze, pielęgniarki i inny personel przydadzą się za to do realizowania pozostałych czynności, np. zabezpieczenia transportu wewnątrzszpitalnego czy obsługi pacjentów niezwiązanych ze zdarzeniem masowym, którzy tak jak co dzień, oblegają SOR – wyjaśnia Maciej Błaszczyszyn.

W gotowości

Gdy wjeżdża pierwszy poszkodowany, trzeba być w pełni gotowym. – Koncentrujemy się na czynnościach ratujących życie i podstawowej, minimalnej diagnostyce. Pamiętajmy o jednokierunkowym przepływie pacjentów. Pacjent, który opuszcza SOR, nie ma prawa tam trafić z powrotem. Nie ma czasu na wysyłanie chorego na tomograf, korzystamy tylko z przyłóżkowej aparatury. Oceniamy obrażenia i kwalifikujemy do zabiegów ratujących życie. Procedura na wypadek masowego napływu rannych oznacza tyle, że pacjenci nie będą zaopatrywani w sposób standardowy. Część z nich zginie, mimo że w normalnych warunkach byliby ratowani. Musimy się z tym pogodzić – tłumaczy Robert Brzozowski.

Pierwsza część artykułu tutaj.

Każdy w zespole ma określone role do spełnienia. Jeżeli wszystko zadziała, to pacjent trafia na OIOM. Czasem trzeba jednak powiedzieć: dość. Procedury wydają się proste, ale żeby zadziałały, trzeba je regularnie ćwiczyć. – W medycynie ratunkowej nie ma miejsca na pomyłki, a popełnione błędy często kończą się tragicznie. Dlatego w WIM aktualnie budujemy Centrum Symulacji Medycznej, w którym będziemy doskonalić umiejętności praktyczne w maksymalnie zbliżonych do realistycznych warunkach – mówi Krzysztof Karwan.

W 2014 r. w Centrum Urazowym WIM odbyły się również ćwiczenia związane z zabezpieczeniem poszkodowanych w wypadku masowym. – Mieliśmy zająć się sześcioma rannymi. Akcja się udała, choć nie uniknęliśmy problemów, głównie komunikacyjnych, zarówno pomiędzy poszczególnymi strukturami naszego szpitala, jak i dyspozytornią. Był też problem z zapewnieniem dodatkowego personelu, segregacją chorych i miejscami na stanowiskach resuscytacyjnych i OIOM-ie. Takie ćwiczenia są bezcenne, bo dzięki nim można wyłapać słabe punkty, co pozwoli szlifować procedury, według których pracujemy. A ta musi być konkretna, w prosty sposób napisana. Każdy SOR powinien o taką instrukcję działania zadbać – zachęca doktor Karwan.

Lidia Sulikowska

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 2/2017

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *