„Mela” wspomina Powstanie Warszawskie

Chciałabym się odnieść do artykułu zamieszczonego w „Gazecie Lekarskiej” nr 7-8/2020 pt. „Nadeszła wojna”, w dużej części poświęconego udziałowi lekarzy w Powstaniu Warszawskim. Byłam uczestniczką tych wydarzeń – pisze dr Amelia Korycka.

Powstanie Warszawskie, początek sierpnia 1944 r., patrol por. Stanisława Jankowskiego „Agatona”. Foto: Stefan Bałuk / domena publiczna

W artykule wspomniano o wybitnym radiologu doc. Witoldzie Zawadowskim, o tym, że uruchomił w swoim domu pracownię radiologiczną dla powstańców i ludności cywilnej. Znam szczegóły tej historii.

Godzina „W” zaskoczyła doc. Zawadowskiego w jego gabinecie, którego zapleczem był zakład rentgenowski, nie zdążył więc dotrzeć do swojego mieszkania na Żoliborzu. W tym zakładzie stworzył pracownię radiologiczną.

Punkt opatrunkowy, do którego dotarłam, mieścił się na Hożej 53 u Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi. Później został przeniesiony na ul. Poznańską 11 do biur PZU i szybko przerodził się w regularny szpital. Było to możliwe dzięki wspaniałej obsadzie chirurgicznej i właśnie dzięki temu, że w pobliżu mieścił się zakład radiologiczny doc. Zawadowskiego. Udostępnił on szpitalowi nie tylko swoją aparaturę, ale oddał się do dyspozycji komendanta szpitala prof. Edwarda Dreschera, ps. „Bogusz”.

Prąd, który był potrzebny do badań rentgenowskich, pochodził z okolicznej mleczarni, w której był agregat zasilający wytwórnię granatów, a okresowo także zakład rentgenowski. Całe powstanie, nie licząc dwóch krótkich wyjść, spędziłam na Poznańskiej 11. Wyposażenie po części pochodziło ze szpitala Świętego Józefa, częściowo z apteki „Pod Aniołem”, która mieściła się również na ul. Hożej. Bez chwili wytchnienia była pielęgniarska, ciężka praca, zajmowanie się rannymi, asystowanie przy operacjach.

Prof. Edward Drescher, który przeżył powstanie, opisał działalność szpitala w „Wojskowym Przeglądzie Historycznym” nr 2 z 1967 r. (s. 458). O tym szpitalu pisał też w swoim pamiętniku opublikowanym przez Warszawskie Towarzystwo Lekarskie dr Jan Walc. W powstaniu uczestniczyła także moja siostra, która w godzinie „W” była na Starówce. Do mnie zawiadomienie o moim przydziale nie dotarło, dlatego dołączyłam do czołówki sanitarnej u Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi na Hożej 53, a więc tam, gdzie obie mieszkałyśmy.

Dramatyczną sytuacją z tego okresu było zatrucie wermutem zdobytym przez oddział na ul. Żulińskiego z odbitej restauracji. Nie wiem, czy Niemcy truli alkohol dla Polaków, czy Polacy dla Niemców. W każdym razie, chłopcy przynieśli zdobyczny trunek, a ponieważ była jedna butelka, którą trudno było im podzielić między siebie, dowódca pogodził ich, biorąc butelkę ze sobą. Poprosił do siebie swojego zastępcę i trzy łączniczki. Wypili może po kieliszku tego trunku, w ciągu dwóch dni cała piątka zmarła.

Nasz kolega, lekarz internista, zabrał wermut do szpitala z myślą o tym, że kiedy skończy się powstanie, to może uda się zidentyfikować truciznę. Wstawił go między inne butelki i zapomniał o nim. Któregoś dnia, po ciężkim nalocie, wziął wermut, żeby wspomóc kolegów, którzy przez cały dzień i noc pod kontrolą rentgena u doc. Zawadowskiego usuwali odłamki i opatrywali rannych. Poczęstował zespół operacyjny i następnego dnia wszyscy byli chorzy. Ledwo uszli z życiem, a pełen rannych szpital został bez chirurgów.

Przez główny punkt opatrunkowy (GPO), przekształcony w Szpital Zgrupowania Zaręba „Piorun” na Poznańskiej 11 przeszło 1000-1500 rannych. Wielu z nich dotarło tu po upadku Starówki i wtedy dowiedziałam się, co się dzieje z moją siostrą. Wyszła z ludnością cywilną ze Starówki i nie dotarła do kanałów. Po upadku powstania wyjechałam z Warszawy pierwszym transportem ciężko rannych do obozu, najpierw w Altengrabow, później w Oberlangen.

Pracowałam tam na przedoboziu, gdzie znajdował się szpital. Oswobodził nas 2. pułk Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Potem pracowałam w szpitalu w Meppen. To był UNRA szpital z polsko-węgierską obsadą. Stamtąd przeszłam do Polskiego Szpitala Chirurgicznego, również w Meppen. W maju 1947 r. wróciłam do Polski, a potem zaczęłam studia w 1948 r. w Łodzi i na piąty rok przeniosłam się do Szczecina, ponieważ mąż dostał nakaz pracy. Nie wróciłam już do Warszawy. Nie chciałam. To było zbyt bolesne.

Doktor Amelia Korycka ze Szczecina, lat 94, uczestniczka Powstania Warszawskiego, pseudonim „Mela”

(oprac. LK)

Powiązane aktualności

Skomentuj

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.