Dlaczego szukamy cudownych terapii?
Pseudomedycyna obiecuje to, czego często nie może zaoferować współczesna medycyna: pewność, proste rozwiązania i poczucie pełnej kontroli nad sytuacją. To właśnie dlatego nawet najbardziej nieprawdopodobne terapie znajdują zwolenników.

Wybielacz albo woda utleniona na raka, surowe mleko wielbłądzie na autyzm, uzdrawianie energią – to tylko pierwsze z brzegu przykłady praktyk pseudomedycznych. Słysząc o nich, pojawia się na twarzy uśmiech politowania i wręcz niedowierzania. Robi się mniej do śmiechu, gdy okazuje się, że ludzie są w stanie w nie uwierzyć i zamiast leczyć się u lekarza, oddają swoje zdrowie w ręce pseudomedyków.
Różnej maści pseudoeksperci potrafią przekonać do swoich „mądrości” i stosowania zaleceń niemających nic wspólnego z aktualną wiedzą medyczną opartą na faktach. Jak tłumaczy psycholog społeczny prof. Dariusz Doliński, kierownik Katedry Psychologii Społecznej Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu, szczególnie podatne na złapanie się w ich sidła są osoby o niskiej samoocenie, które czują, że nie mają wpływu na otaczającą ich rzeczywistość. To często ci sami ludzie, którzy wierzą w teorie spiskowe. Brak poczucia kontroli nad własnym życiem jest też charakterystyczny dla części osób zmagających się z chorobą.
– Oni potrzebują poczucia bezpieczeństwa i uporządkowanego świata, w którym wszystko jest jasne. Pseudomedycyna daje gotowe rozwiązania, na wszystko ma odpowiedź, tu nie ma miejsca na wątpliwości. Dlatego jest tak atrakcyjna – tłumaczy prof. Doliński.
Na autorytet
W poszerzaniu kręgu odbiorców pomagają mechanizmy psychologiczne, które kierują ludzkimi zachowaniami. Jak wyjaśnia Dariusz Doliński, jedną z podstawowych technik wpływu jest reguła autorytetu. – Chodzi o stworzenie wrażenia, że za daną teorią lub terapią stoi autorytet, co zwiększa jej wiarygodność. Na przykład sprzedawana jest „rewelacyjna maść”, rzekomo opatentowana przez wybitnego profesora, który w rzeczywistości nie istnieje. Niestety, czasem autorytet faktycznie ma dyplom profesora biologii czy medycyny, a na dodatek stroi się w piórka jedynego sprawiedliwego, który walczy z systemem i lobby „big pharmy” – mówi ekspert z SWPS.
Mamy też powoływanie się na wyrwane z kontekstu wyniki badań i używanie trudnych terminów.
Prof. Doliński zwraca uwagę, że nieprzypadkowo do opisu pseudomedycznych specyfików wykorzystuje się naukowo brzmiące pojęcia, bo one wzmacniają ich wiarygodność, a jednocześnie są na tyle skomplikowane, że mało komu przyjdzie na myśl je sprawdzać. Jednocześnie „cudowne terapie” często przedstawia się jako naturalne, co wydaje się zdrowe i wywołuje myślenie, że w najgorszym razie nie zaszkodzi.
– W psychologii społecznej nazywamy to zjawisko asymetrią zysków i strat. Ważniejsze jest to, żeby nie było gorzej, niż to, żeby było lepiej. W końcu obniżka pensji o 100 zł powoduje większą wściekłość niż radość z podwyżki w tej samej kwocie – wyjaśnia psycholog społeczny z Wydziału Psychologii Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu. Kolejna metoda, która zwabia w objęcia szarlatanów, to opisana przez prof. Roberta Cialdiniego reguła niedostępności. W skrócie chodzi o to, aby wykreować poczucie, że coś jest trudne do zdobycia, bo wiadomo, że wtedy bardziej się tego pożąda.
Skąd wiesz, że jest tak, a nie inaczej
Podkreśla się także, że aby wpaść w sidła szarlatanów, wcale nie trzeba łapać się na specjalne techniki manipulacyjne. Jak zaznacza dr Dorota Kobylińska z Katedry Psychometrii i Diagnozy Psychologicznej Wydziału Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego, to cel uświęca środki. – Z reguły jest tak, że ludzie, którzy szukają pomocy w chorobie, spróbują wszystkiego. Rządzą nimi emocje, a w stanie huśtawki emocjonalnej jest się dużo bardziej podatnym na wpływ. Jeśli ktoś im obieca, że coś im pomoże, to idą w to. Co ważne, tutaj w zasadzie nie trzeba kreować potrzeby, ona jest w pacjencie i wystarczy ją zaspokoić – mówi dr Kobylińska.
Znany jest także efekt polegający na tym, że jeśli zainwestuje się czas, pieniądze, wysiłek w jakieś działanie, to bardziej wierzy się w jego skuteczność, nawet jeśli nie ma na nią obiektywnych dowodów. Na popularność osób promujących metody niemające nic wspólnego z evidence-based medicine może też wpływać występujący w społeczeństwie tzw. kryzys eksperckości. Zjawisko polega na tym, że ludzie przestają wierzyć uznanym ekspertom, a więc między innymi również lekarzom.
– Kilka lat temu robiliśmy badanie, w którym zapytaliśmy Polaków, czy ich zdaniem lekarze są kompetentni i uczciwi. Okazało się, że odpowiedzi negatywnych było niewiele, bo raptem kilkanaście procent, ale za to odnotowaliśmy 30–40 proc. odpowiedzi „nie wiem/trudno powiedzieć”. Jeżeli pacjent nie jest pewny, czy może lekarzowi zaufać, to jest bardziej podatny na inne źródła informacji – mówi dr hab. Katarzyna Stasiuk z Zakładu Komunikacji Społecznej i Badań Podstawowych w Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego. – Proszę zauważyć, że przeciwnicy szczepień często podważają autorytet lekarzy i zaufanie do nich, ponieważ w ten sposób łatwiej im przekonać część osób do swoich poglądów – zauważa ekspertka z UJ.
Brak zaufania bierze się między innymi z tego, że w erze powszechnego dostępu do internetu mamy pod ręką mnóstwo informacji, które możemy dowolnie konfrontować z tym, co usłyszymy od lekarza. Co z tego, że trudno nam ocenić rzetelność tych treści. Ważne, że brzmią wiarygodnie.
– Jeśli uważnie przysłuchamy się osobom głoszącym poglądy pseudomedyczne, łatwiej zrozumiemy, dlaczego ich przekaz bywa tak przekonujący. Oni umiejętnie wykorzystują istniejące wątpliwości i obawy, np. rozpowszechniając narrację, że lekarze wykonują szczepienia, dlatego że w zamian otrzymują korzyści od koncernów farmaceutycznych. Pokazują jakieś statystyki i formułują wnioski, które na pierwszy rzut oka mogą brzmieć przekonująco, choć w rzeczywistości opierają się na tzw. iluzorycznej korelacji, czyli błędnym dostrzeganiu związku między zjawiskami, które w rzeczywistości nie są ze sobą powiązane – mówi Katarzyna Stasiuk. Laik bez wiedzy medycznej zaczyna się zastanawiać, że może coś w tym jest.
Sedno sprawy
– Chcąc zrozumieć, dlaczego ludzie szukają pomocy poza obszarem naukowej medycyny, trzeba spojrzeć na to zjawisko w szerszym kontekście. Uważam, że pierwotną przyczyną jest to, że system opieki zdrowotnej nie zaspokaja ich potrzeb w taki sposób, jakby oni tego oczekiwali – podkreśla z kolei dr Krzysztof Puchalski, socjolog zdrowia z Instytutu Medycyny Pracy im. prof. J. Nofera w Łodzi. Jego zdaniem problem tkwi w dostępności do opieki i w relacji na linii lekarz–pacjent, w tym braku poświęcenia wystarczającej ilości czasu i uwagi choremu.
– System nie ułatwia zbudowania dobrej relacji, bo chorych jest dużo, a czasu mało, w efekcie brakuje przestrzeni na rozmowę. Problemem jest też to, na ile lekarze jeszcze na studiach są przygotowywani do zaopiekowania się potrzebami psychologicznymi pacjenta i traktowania go po partnersku. To w mojej opinii w dalszym ciągu pozostawia wiele do życzenia – twierdzi dr Puchalski.
– Dodatkowo medycyna, a przez to organizacja opieki, ulegają coraz głębszej fragmentacji, co utrudnia postrzeganie człowieka jako całości, a pacjent oczekuje od lekarza pełnej wiedzy i że pomoże mu w każdej sytuacji zdrowotnej. W efekcie chory czuje się uprzedmiotowiony do zbioru części ciała, a nie traktowany jak człowiek w wymiarze społecznym, humanistycznym, psychologicznym. To nie jest wina lekarzy, po prostu w takim kierunku rozwinęła się medycyna i tak organizowany jest system opieki medycznej – zaznacza socjolog.
Konfrontacja w gabinecie
Jak rozmawiać z pacjentem, który wierzy w pseudomedycynę? – Przede wszystkim okazać zrozumienie zamiast pogardy i wesprzeć emocjonalnie. Niestety mamy z tym kłopot. Nauczam komunikacji medycznej studentów kierunku lekarskiego. Przyznam szczerze, że większość z nich nie jest przekonana, że to, jak będą rozmawiać z chorym, ma aż tak duże znaczenie. Dopiero rozmowy o ich własnych doświadczeniach w gabinetach lekarskich z perspektywy pacjenta i odgrywanie scenek sytuacyjnych zmienia ich nastawienie. Wówczas orientują się, że nawet sformułowanie pytania w niewłaściwy sposób może być odebrane jako krzywdzące – mówi Dorota Kobylińska z Wydziału Psychologii UW.
Dodaje, że oczywiście równocześnie należy też tłumaczyć brak udokumentowanej skuteczności metod pseudomedycznych. To jednak bywa trudne.
– Lekarze starają się tłumaczyć te kwestie za pomocą wiedzy naukowej, ale ta metoda często bywa nieskuteczna. Niestety, pokazywanie obiektywnych zależności statystycznych i naukowych danych medycznych przemawia dużo gorzej do wyobraźni niż to, że kolega Zenek zjadł cudowny suplement, po czym wreszcie przestał go boleć brzuch. Nieważne, że takie wnioskowanie jest fałszywe i niczym nieudokumentowane. Po prostu mózg ludzki łatwiej uczy się wnioskowania na podstawie pojedynczych przypadków niż na podstawie liczb i obiektywnych faktów – zwraca uwagę prof. Doliński.
– Dlatego uważam, że jedną ze skuteczniejszych metod walk z dezinformacją medyczną jest pokazywanie autentycznych przypadków osób, którym jakaś praktyka pseudomedyczna zaszkodziła – dodaje psycholog z SWPS. Nie zawsze też jest czas, by odwodzić pacjenta od szarlatanerii.
Zdaniem dr Katarzyny Stasiuk warto w tym wszystkim zadać pytanie, czy faktycznie lekarz ma z tym zjawiskiem walczyć. – To powinno być rozwiązane systemowo, bo to system ponosi realne koszty. Skoro pacjent woli się leczyć strukturyzowaną wodą czy lewoskrętną witaminą C, zamiast brać leki zaordynowane przez lekarza, a po jakimś czasie wraca do systemu opieki zdrowotnej, bo jego stan zdrowia się pogorszył, to na przykład powinien dopłacić do kolejnej wizyty. Nie obarczamy pacjentów żadnymi konsekwencjami za to, że się nie stosują do zaleceń lekarskich. To się powinno zmienić – uważa Katarzyna Stasiuk.
Lidia Sulikowska
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 7-8/2026