Jakub Sieczko: Kto odbierze telefon?

Braki kadrowe w dyspozytorniach medycznych wprost przekładają się na wydłużenie czasu reakcji oraz pogarszają szanse pacjenta na powrót do zdrowia.

Fot. arch. prywatne

„Złota godzina” to w ratownictwie medycznym określenie dotyczące pierwszych sześćdziesięciu minut po wypadku. W tym kluczowym czasie interwencje terapeutyczne podejmowane przez zespół ratownictwa, a potem personel szpitalny, mogą zadecydować o przeżyciu pacjenta. Krwotoki trzeba zatamować, drogi oddechowe udrożnić, krążenie wspierać lekami bądź płynami.

Kardiolodzy i neurolodzy mówią za to, że time is muscle bądź time is brain. Od momentu zamknięcia się tętnicy obumierać zaczynają odpowiednio komórki mięśnia sercowego i neurony w mózgowiu. Każda minuta ma znaczenie dla rokowania dotyczącego przeżycia i dalszego funkcjonowania pacjenta.

Stąd kampanie społeczne podkreślające wagę prewencji, ale też szybkiego rozpoznania zawału mięśnia sercowego bądź udaru mózgu, a następnie wezwania pomocy. Edukujemy również społeczeństwo odnośnie postępowania w zatrzymaniu krążenia. Jeśli doszło do tego stanu, uciskanie klatki piersiowej „kupuje czas”, a każda minuta bez defibrylacji w przypadku migotania komór to spadek szansy na przeżycie o 10 proc.

Czas w sytuacji zagrożenia życia to najcenniejsze z dóbr. Niczym w pit stopie Formuły 1 należy starać się ten czas urywać, gdzie tylko się da. Aby jednak było to możliwe, należy najpierw cały system pomocy uruchomić. W mojej opinii kiedy rozmawiamy o zawodach medycznych, za mało mówimy o tych ratownikach i pielęgniarkach, którzy są tego systemu pierwszym ogniwem: o ludziach, którzy odbierają telefon 999 – o dyspozytorach medycznych.

Bo przecież to właśnie szybkie odbieranie przez nich połączeń, zebranie wywiadu, a następnie wysłanie na miejsce zdarzenia ambulansu bądź śmigłowca ratunkowego uruchamia cały łańcuch zdarzeń, którego dopiero ostatnim ogniwem jest szpital. Najpierw jednak pacjent musi się na numer 999 dodzwonić. Z tym natomiast jest ostatnio coraz gorzej.

Nie chcę popadać w tony alarmistyczne, bo numery ratunkowe w Polsce oczywiście działają. Z obsadą stanowisk dyspozytorskich mamy jednak coraz większy problem. A że problem mały nie jest, pisze o tym w swoim stanowisku z 7 września 2026 r. Krajowa Rada Ratowników Medycznych.

Całość dziewiętnastostronicowego dokumentu znaleźć można na stronie organu, ja natomiast wkleję tylko kilka cytatów z dokumentu: „brak centralnego nadzoru i spójnego dowodzenia”, „zróżnicowane standardy zatrudnienia i procedur”, „rozmycie odpowiedzialności”, „nieefektywność ekonomiczna i technologiczna”, „deficyt merytorycznego audytu i paraliż kontrolny Ministerstwa Zdrowia” i wreszcie „drenaż kadr”. W swoim piśmie do Minister Zdrowia Ratownicy Medyczni określają sytuację w dyspozytorniach medycznych jako „kryzysową”, a braki kadrowe jako „dramatyczne”.

Czym są te dramatyczne braki kadrowe? Średnia obsada dyspozytorni medycznych spadła w stosunku do ubiegłego roku z 86 proc. do 84 proc. I choć wartości te nie wyglądają fatalnie, to pamiętać musimy, że dyspozytornie obsługują miesięcznie ponad 400 tys. połączeń alarmowych. Przy tak ogromnych liczbach każdy procent robi różnicę. W Polsce działają obecnie 23 dyspozytornie medyczne.

Kiedy wybieramy numer 999, system przekierowuje nas do dyspozytorni, która obsługuje część kraju, z której dzwonimy. Kiedy nikt w tej dyspozytorni medycznej naszego telefonu nie odbierze, zostaniemy automatycznie przekierowani do innego wolnego dyspozytora z innej części kraju. Tak więc wzywając pogotowie w Zgierzu, możemy rozmawiać z dyspozytorem np. z Wrocławia albo Rzeszowa.

Nazywa się to mechanizmem połączeń krążących, czyli takich, które nie zostały obsłużone w lokalnej dyspozytorni. Czas płynie. Pacjent czeka. Połączenie, które powinno zostać odebrane w ciągu kilkunastu sekund, odbierane bywa po minucie albo i dłużej.

Portal onet.pl w artykule z 13 listopada 2025 r. informował: „Tylko w tym tygodniu na jednej ze zmian nocnych na stanowisku dyspozytora medycznego przyjmującego zgłoszenia w Łodzi brakowało aż czterech osób (z ośmiu), w Lublinie trzech (z siedmiu), w Bydgoszczy trzech (z ośmiu), w Warszawie trzech (z dziesięciu), w Radomiu dwóch (z sześciu) i po jednej w Siedlcach, Krakowie, Tarnowie i Legnicy”. Zdarzają się dyżury, kiedy w całej dyspozytorni dyspozytora przyjmującego zgłoszenia nie ma ani jednego.

Działa tu efekt domina, czy, jak kto chce, błędnego koła. Dyspozytorów jest coraz mniej, więc ci, którzy ciągle pracują, obsługiwać muszą coraz więcej połączeń. W efekcie tego przeciążenia kolejne osoby rezygnują z pracy. Praca dyspozytora nigdy łatwa nie była – trzeba wszak zebrać możliwie dokładny wywiad od osoby często będącej w stanie silnego stresu. Dyspozytorzy instruują też świadków zdarzenia np. w przypadku konieczności podjęcia resuscytacji – prowadzą ich przez cały proces do momentu przyjazdu karetki. Wysłuchiwać muszą też niejednokrotnie żalów na system ochrony zdrowia – są wszak pierwszym punktem kontaktowym z tym systemem.

Ministerstwo Zdrowia dostrzega problem. W swoim piśmie do wojewodów z 10 lipca 2026 r. resort pisze, że „Braki w dyspozytorniach są zauważalne i rosną”. Wobec coraz bardziej niepewnej sytuacji bezpieczeństwa naszego kraju sprawne działanie służb państwowych, w tym ratownictwa medycznego, staje się zagadnieniem newralgicznym. Dziś o dyspozytorów medycznych i sprawne działanie systemu przyjmowania zgłoszeń trzeba zadbać szczególnie. Ten telefon nie może dzwonić ani o sekundę zbyt długo.

Jakub Sieczko, lekarz anestezjolog

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2026