Jarosław Wanecki: Wszyscy moi wrogowie
Od pierwszego wejrzenia spodobał mi się polski tytuł filmu wyreżyserowanego przez Andrew Pattersona. Decydując o kupnie biletów, nie przeczytałem nawet opisu. Premiera w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą okazała się na szczęście jednym z lepszych pokazów festiwalu Dwa Brzegi.

Tydzień później film wszedł do kinowej dystrybucji i, szczerze mówiąc, nie śledziłem, jakie uzyskał recenzje. Chciałem bowiem, aby stał się kanwą subiektywnego przeglądu demonów, które krążą nad lekarzami. Mimo wszystko wypada o samej produkcji napisać choćby krótki akapit.
Amziah King jest pszczelarzem i muzykiem. Po latach rozłąki spotyka przybraną córkę, którą wychowywał wraz z żoną. Postanawia odbudować relację i przekazać Kateri tajniki prowadzenia pasieki. Gdy wydaje się, że oboje mają szansę na nowy początek, ktoś brutalnie niweczy ich plany. I w ciągu kilku dni tracą to, co budowane było przez lata ciężkiej pracy i pasji.
Wokół środowiska lekarskiego narasta napięcie. Poczucie osaczenia i frustracji słychać w rozmowach, postach i komunikatach. Pobrzmiewa w nich także bliżej nieokreślony żal, który nie do końca potrafimy wyrazić. Przekonanie o ponadprzeciętnych umiejętnościach i wartości rynkowej zawodów medycznych nieoczekiwanie przełożyło się w ciągu kilku miesięcy na społeczny gniew.
Najgłośniej wyrażają go poszukujący wyborczego złota politycy, a najciszej stojący w coraz dłuższych kolejkach pacjenci. Nie zmienia to faktu, że szmer krytyki – i tej z pierwszych stron gazet, i tej wyrażonej w opiniach o „znanym lekarzu” – odbieramy jako wrogie ataki.
Nigdy nie było tak, że lekarze mieli tylko dobrą prasę. Świadczą o tym różnego rodzaju przedsięwzięcia, które szumnie nazywaliśmy poprawą wizerunku. Biorąc udział w tych dyskusjach, przychylałem się do opinii, że żadne medialne działania nie zastąpią kompetentnej opieki w gabinecie i szpitalu.
Z biegiem lat ulegaliśmy jednak jakiejś narastającej presji napinania muskułów, wyciągania na światło dzienne agresywnych zachowań pacjentów i przemilczania niestosownych popisów koleżanek i kolegów. W ten sposób na listę wrogów, którzy przeszkadzali w dążeniu do wiedzy, sławy i fortuny, trafili niemal wszyscy, jakby zło sprzymierzyło się przeciw dobru.
Lekarskim wrogiem numer 1 jest zawsze SYSTEM. Do znudzenia niemal w takich chwilach cytuję refren z kabaretu Olgi Lipińskiej: „A nas nigdy tutaj nie było, wianki dziewicze na naszej skroni, to tylko kilka osób robiło, to oni, oni, to oni”. Wytrych o systemie, którego reforma rozwiąże bolączki zdrowotne, jest najukochańszą śpiewką ostatnich dekad.
Nawet różnice pokoleniowe zacierają się, gdy trzeba znaleźć głównego winowajcę. Najlepiej nadaje się do tego słowo: biurokracja. Tymczasem proponowanie zmian, poza podwyższeniem stawek we wszystkich segmentach, dzieli interesariuszy i natychmiast urasta do roli nowego zagrożenia. Koło się zamyka.
W sytuacji, w której wszyscy są potencjalnymi wrogami lekarzy, istnieje realne domniemanie, że lekarze stają się powoli wrogami wszystkich. Z łatkami lewych biznesów, podwójnych dyżurów, kilku etatów (aż brakuje doby), sławionej w szeptach gabinetowej chciwości i łączenia przyjęć prywatnych z posadą w publicznej opiece zdrowotnej środowiskowy wizerunek z dnia na dzień szarzeje.
Deprecjacji najpiękniejszych zawodów świata, zasługujących na szacunek i godną gażę, pomaga oczywiście zwykła ludzka zazdrość o samochód, dom, kolejne mieszkanie i wakacje nad oceanem. Niechęć wzmacnia nonszalancja, spóźnialstwo i hołdowanie balansowi, w którym zaciera się fraza o „najwyższym nakazie” i gubi się „dobro chorego”. Jeśli nawet owe przytyki „boskości” dotyczą tylko kilku przykładów, jak próbujemy o tym mówić i pisać, to może nadszedł czas, aby przyjrzeć się temu uważniej.
Ze smutkiem przyznam, że w taką refleksję nie wierzę. Zbyt różnorodny stanowimy stan, by móc pogodzić się w jednolitej narracji. Mit o wspólnym mianowniku etyki traci blask, gdy posłuchamy ubranych w anegdoty opowieści, jak się zachowujemy sami wobec siebie. Najbardziej przejmujące są w tym wypadku relacje seniorów. Nie mniej frustrujące są wojny plemienne, polaryzujące od wewnątrz. Czemu służą? Mam nadzieję, że nie mnożeniu wrogów.
Od pierwszego wejrzenia spodobał mi się tytuł. Specjalnie go nie zmieniłem, choć wygodna byłaby ucieczka z „moi” do „nasi”. Jeszcze lepiej, gdybym napisał „sami przyjaciele”. Chciałbym znaleźć okazję do takiej laudacji. Boję się jednak przegranej z czasem, moim wrogiem największym, który brutalnie potrafi niweczyć plany.
Jarosław Wanecki, pediatra, felietonista
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2026