Mariusz Politowicz: Nie musisz się znać, żeby skorzystać

Wiedza wymaga lat nauki, reklama – zaledwie trzydziestu sekund. Wystarczy, że przekona pacjenta, który idzie do gabinetu lub apteki nie po poradę, lecz po potwierdzenie tego, co wcześniej usłyszał w telewizji albo przeczytał w internecie.

Fot. arch. prywatne

Wydawałoby się, że na temat reklam produktów leczniczych (PL), suplementów diety (SD) i wyrobów medycznych (WM) napisano już niemal wszystko. A jednak – jak ponoć mawiano w peerelowskim wojsku – jesteśmy w „mylnym błędzie”.

Powiedzieć, że jesteśmy nimi zalewani, to nic nie powiedzieć. Wszystkie bez wyjątku media, także społecznościowe, czerpią korzyści z tych reklam. W zasadzie bez jakiegokolwiek dowodu mógłbym zakończyć na tym stwierdzeniu, a wszyscy by się ze mną zgodzili.

Jestem farmaceutą, który w „Gazecie Lekarskiej” pisuje dla lekarzy. Profesjonalista dla profesjonalistów. Doskonale pamiętam ścieżkę edukacji – swoją oraz koleżanek i kolegów z akademika. Wysiłek w szkole średniej, zapoczątkowany dużo wcześniej. Nie tylko w klasach podstawówki. Raczej w domu, dzięki rodzicom, którzy rozbudzili zainteresowania.

Gdy po studiach ich absolwent zaczął się orientować, że wie, iż nic nie wie, logiczną konsekwencją było dążenie do dalszego rozwoju. Okupione ciężką i długotrwałą pracą. Niemniej rozwój następował. A potem nastąpiło brutalne zetknięcie z reklamami.

Pół biedy, gdy np. żartobliwie można się ustosunkować do „zespołu niespokojnych małżowin usznych” lub „męskiego/kobiecego magnezu”. Trudniej, gdy trzeba zająć stanowisko po zetknięciu się z opinią, którą pacjent wyczytał w internecie – bardzo często na forach administrowanych przez osoby, które powinny podlegać sankcjom zawartym w „lex szarlatan”.

Owszem, są wśród nas osoby, które mają niezmierzone pokłady cierpliwości, choć niekoniecznie mają czas na jej nadużywanie. Jednak większość w najzupełniej zrozumiały sposób czuje się źle, gdy lata zdobywania wiedzy i umiejętności są podważane lub dyskredytowane przez patocelebrytów, patodziennikarzy oraz pacjentów amatorów, żeby nie powiedzieć: dyletantów.

Racjonalizm odpowiedzi może nie wystarczyć, gdy pacjent, szczególnie ten krzykliwy, będzie chodzącym przykładem efektu Dunninga-Krugera. Potraktowanie go słowami, że jeśli wie lepiej, może opuścić gabinet lub aptekę, w najlepszym wypadku może się skończyć obrazą. Obu stron. Gorzej – a raczej trudniej – jest, gdy temat podchwycą media. Wtedy można być zmuszonym udowadniać, że się nie jest wielbłądem.

Osobnym zjawiskiem są naturopaci i szarlatani naciągający swoich nieszczęsnych klientów lub wyznawców na zakup preparatów „marki własnej”, rzekomo lepszej od aptecznej = chemicznej, bo „lekarze lub farmaceuci ci tego nie powiedzą”. Powstaje pytanie: co jest gorsze – bezwzględni naciągacze, producenci suplementów czy niewiedza oraz bezmyślność ludzi, którzy to kupują, by następnie stosować?

Może winni są farmaceuci, którzy „kiedyś dbali o pacjentów, robili leki i etycznie oraz bezpłatnie dyżurowali 24/7? Dziś w aptekach jest tylko mydło i powidło. Leków brakuje lub trzeba je dopiero zamawiać. Zamienniki dają takie, do których producent przekonał łapówkami” (!).

Kto pracuje w polskiej ochronie zdrowia (OZ), wie, jak kłamliwe i krzywdzące są zacytowane słowa. I to z różnych powodów. Z jednej strony, zgodnie z przepisami każda apteka realizuje recepty, na których przepisano suplementy lub homeopatię, oraz sprzedaje właśnie te preparaty, które są reklamowane. Nie ma przymusu. Jeśli pacjentoklient chce musującej witaminy C, to może ją kupić. W aptece lub sklepie – co jest śpiewająco podkreślane w jednej z reklam w telewizji – gdzie farmaceutów nie ma.

Z drugiej strony marża urzędowa (poprawnie: narzut) na podstawowym asortymencie, czyli lekach refundowanych, jest żenująco mała. Od kilkudziesięciu groszy (!) na leku za niecałe 8 zł do około 20 zł na leku kosztującym około 274 zł. Na dodatek na każdym z poszczególnych odpowiedników jest identyczna, niezależnie od ich różnej ceny detalicznej, również urzędowej.

Zarówno polityka naszego państwa, która przybrała kształt ustawy refundacyjnej i dzięki której istnieje opisany system marżowo-cenowy, jak i ekspansja producentów PL, SD i WM wpływają na zachowania konsumenckie, w tym pacjentoklientów. Inni, głównie farmaceuci, zostali zmuszeni, aby się do tego dostosować.

Jednakże ci sami pacjentoklienci z definicji popełniają błędy w samoleczeniu, które reklamy wykreowały jako panaceum na kosztowny system OZ. Potem mają pretensje do całego świata, tylko nie do siebie. Oczywiście najbardziej winni są lekarze i farmaceuci, którzy ośmielają się zarabiać na ich szwankującym zdrowiu…

Błędne koło. Brak woli politycznej do jego zatrzymania. Jako podsumowanie niech posłuży fragment jednej z reklam: „Nie musisz się znać [na chorobach i lekach], aby skorzystać z naszego produktu”.

Mariusz Politowicz, członek Naczelnej Rady Aptekarskiej

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 10/2026