Poemat katyński
13 kwietnia zadzwonił telefon. Ładysław Nekanda-Trepka w Dniu Pamięci Ofiar Zbrodni Katyńskiej zapytał, nie po raz pierwszy zresztą, czy ośrodek, którym kieruję, nie powinien opowiedzieć historii lekarzy zamordowanych przez NKWD. Najlepiej w formie wystawy ze zdjęciami i biogramami albo chociaż artykułu w „Gazecie Lekarskiej”.

Zamilkłem na chwilę, zawstydzony faktem, że znów zabrakło nam czasu, pomysłu i determinacji.
Zajrzałem do archiwum i z ulgą odnalazłem tekst Mieczysława Dziedzica z 2020 r., opisujący mord 22 tys. polskich jeńców wojennych, wśród których byli lekarze wojskowi i cywilni. Przetrzymywani po 17 września 1939 r. w ośmiu obozach, wierzyli do końca, że wrócą do rodzin i służby chorym. Według źródeł było ich około pięciuset. Tylko nieliczni przeżyli, ale mimo kwerend nikt potrafi zamknąć list zabitych strzałem w tył głowy.
2 sierpnia 1941 r. władze niemieckie uzyskały wiadomość o masowych grobach w okolicach Katynia. Pierwsze informacje o zbrodni przekazane przez mieszkańców pozostały jednak bez echa. W marcu 1942 r. w ziemię z odnalezionymi mogiłami pod osłoną nocy wbito dwa symboliczne krzyże. Dopiero klęska pod Stalingradem skłoniła propagandę III Rzeszy do próby skłócenia aliantów poprzez ujawnienie eksterminacji polskich oficerów przez Związek Radziecki. Rozpoczęły się wówczas ekshumacje i badania kryminalistyczne prowadzone przez prof. płk. Gerharda Buhtza, o których świat dowiedział się 13 kwietnia 1943 r. z Radia Berlin.
Niedługo trzeba było czekać na stalinowskie oświadczenie, przerzucające odpowiedzialność za zbrodnię na „faszystowskich katów”, co dało początek kłamstwu katyńskimu i dziesiątkom lat walki o prawdę, pamięć i godne honorowanie ofiar. „Decyzję katyńską” po pięćdziesięciu latach zaprzeczeń potwierdził Michaił Gorbaczow, ale wiele kwestii nadal nie zostało wyjaśnionych, czemu nie sprzyjają narastające napięcia w stosunkach polsko-rosyjskich.
Wertując stronę Instytutu Pamięci Narodowej i „Słownik biograficzny lekarzy i farmaceutów ofiar drugiej wojny światowej”, wydany w pięciu tomach przy udziale Naczelnej Izby Lekarskiej i we współpracy z Polskim Towarzystwem Lekarskim, szukałem klucza do pamiątkowego wpisu i wciąż natrafiałem na trudności w ocenie skali zbrodni z podziałem na poszczególne grupy zawodowe, w tym lekarzy i lekarzy dentystów.
Po kilku godzinach wiedziałem, że ani moja wiedza, ani ograniczony czas nie pozwolą przygotować materiału, o jaki prosił Ładek. I wtedy przypomniałem sobie „Poemat katyński” Zbigniewa Kostrzewy, łowickiego laryngologa, założyciela Muzeum Guzików i poety z Unii Polskich Pisarzy Lekarzy, który na kilku stronach swojego tomiku sprzed 20 niemal lat pożegnał się z ojcem zamordowanym w Starobielsku. I postanowiłem, że jeden fragment stanie się początkiem przygotowań do wystawy, którą prędzej czy później przy Sobieskiego 110 odsłonimy, pisząc we wstępie katalogu:
I przyszedł czas.
Tyle lat czekała cisza
żeby odkopać kłamstwo
i odsłonić całą prawdę
aż do kości białej
dowody rzeczowe
czaszki z dziurami w potylicy
Rozchylił się las nad mogiłą
Lista obecności pomordowanych
Litania nazwisk (…)
Jeszcze wszyscy nie policzeni
Jarosław Wanecki
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2026