Wojciech Wiśniewski: Dlaczego restrukturyzacja SPZOZ to nierozsądny pomysł

Jedna uchwała Sądu Najwyższego może zachwiać całym systemem dostaw dla szpitali. Konsekwencje dotkną również lekarzy specjalistów będących przedsiębiorcami.

Fot. magnific.com

W wydaniu 6/2026 „Gazety Lekarskiej” opublikowano artykuł „Szpitale toną” autorstwa Martyny Antosiewicz-Zając, adwokat oraz doradcy restrukturyzacyjnego. Autorka uzasadniała tezę, że „Sąd Najwyższy zamknął 14 maja br. drzwi, które dla zadłużonych szpitali publicznych były ostatnią realną drogą wyjścia. Izba Cywilna rozstrzygnęła (…), że samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej nie ma zdolności restrukturyzacyjnej w rozumieniu ustawy Prawo restrukturyzacyjne”.

Po pierwsze, warto powiedzieć, z jakiego powodu dla wielu czytelników „Gazety Lekarskiej” takie rozstrzygnięcie Sądu jest dobrą wiadomością. Po drugie, dlaczego, chociaż nie jest to ratunek dla systemu, jest to zgaszenie zapałki, którą niektórzy chcieli bawić się na beczce prochu. Zanim zacznę argumentować, powiedzmy, o czym dokładnie mowa.

Szpitale w Polsce funkcjonują w dwóch modelach organizacyjnych. Pierwszym jest samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej (SPZOZ), a drugim spółka prawa handlowego. Zgodnie z ustawą o działalności leczniczej SPZOZ to podmiot, który nie może upaść, a za jego zobowiązania odpowiada organ tworzący. Jeżeli ma problemy finansowe, przewidziano dla niego osobną ścieżkę – plany naprawcze – których celem jest przywrócenie stabilności placówki. Mało tego, ustawa o działalności leczniczej poświęciła temu cały rozdział.

Z punktu widzenia działalności operacyjnej ma to zasadniczą zaletę. W niedofinansowanym oraz głodzonym finansowo systemie ochrony zdrowia jest to szansa na tani kredyt kupiecki. Standardem na rynku dostawców (ujawniam konflikt interesów – to ich często reprezentuję w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia) są wielomiesięczne terminy płatności.

Jedynym powodem, dla którego dostawcy są gotowi ponieść to ryzyko, jest pewność uzyskania płatności. W końcu zawsze można odwołać się do organu tworzącego, który nawet w trudnej sytuacji jest uznawany za wypłacalny. Inaczej jest w przypadku spółek prawa handlowego – ich na szczęście w publicznym systemie ochrony zdrowia jest zdecydowanie mniej.

Dzieje się to w warunkach bezprecedensowego kryzysu finansowego publicznej ochrony zdrowia. Pisałem o tym w grupie wysokiej próby specjalistów kolejne raporty od ponad dwóch lat. Z ostatniego wynika również, że bez zmiany systemu podatkowego i zduszenia inflacji w sektorze nie wyjdziemy z tego nawet w wieloletniej perspektywie.

Obecnie zadłużenie SPZOZ wynosi ponad 30 mld zł, a wartość przeterminowanych zobowiązań rośnie najszybciej w historii. Luka finansowa w Narodowym Funduszu Zdrowia wynosi kilkanaście miliardów złotych, a w przyszłym roku będą to ponad 22 mld zł. Znikąd ratunku, kolejne propozycje rządu zajmują się objawami, a nie przyczynami problemów systemu. I to się nie zmieni w dającej się przewidzieć przyszłości.

Trudno zatem dziwić się dyrektorom szpitali, że starają się salwować ucieczką w dotychczas niezbadanym kierunku. Trudności w spięciu budżetu szpitala, brak przewidywalności związany z finansowaniem nadwykonań, bez których wiele szpitali nie może uzyskać ekonomicznej stabilności, a dodatkowo kryzys płynności płatnika publicznego są przekładane na świadczeniodawców.

Nawet przedstawiciele instytucji publicznych nie robią z tego żadnej tajemnicy. Wówczas do szpitali – przede wszystkim powiatowych, znajdujących się w najtrudniejszej sytuacji finansowej – trafiają oferty „restrukturyzacji SPZOZ”. Kto nie chciałby skorzystać, skoro na horyzoncie nie ma innych dostępnych narzędzi, w tym od dawna zapowiadanych pożyczek z Banku Gospodarstwa Krajowego?

Zadbajmy tutaj o przejrzystość języka. Słowo „restrukturyzacja” ma znaczenie potoczne i prawne. W odniesieniu do ochrony zdrowia potocznie oznacza dostosowanie do potrzeb lokalnych, reorganizację, wszelkiego rodzaju optymalizacje. Każda zmiana to restrukturyzacja – na mniejszą lub większą skalę. Inaczej jest w przypadku znaczenia prawnego. Tu „restrukturyzacja” jest ściśle określona w osobnej ustawie, określa prawa i obowiązki jednostki restrukturyzowanej. Niesie szanse, ale i zagrożenia.

Spór dotyczy tego, kto tej procedurze podlega. Doradcy restrukturyzacyjni przekonują, że SPZOZ podlegają restrukturyzacji. Trudno im się dziwić – jest strukturalny, bezterminowy kryzys finansowy w ochronie zdrowia, brak odpowiednich narzędzi na stole, a słowa „konsolidacja” i „restrukturyzacja” są lejtmotywem konferencji branżowych. Z tego powodu zupełnym przypadkiem od wielu miesięcy kolejne szpitale powiatowe otrzymują oferty „bezkosztowego” audytu finansowego i podążenia wspólną drogą do naprawy sytuacji szpitala.

Czytelnicy „Gazety Lekarskiej” mogą zapytać, co ich to wszystko obchodzi. A większość z nich powinno. Według danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji w Polsce 74 proc. lekarzy specjalistów wykazanych przez podmioty w umowach z NFZ to właśnie przedsiębiorcy. Wszczęcie postępowania oznacza ochronę podmiotu przed wierzycielami, również jeżeli są to działalności gospodarcze pracowników medycznych. Inna sprawa, że standard pracy w szpitalu posiadającym kłopoty w zakupie najrozmaitszych towarów i usług do prostych na pewno nie należy.

Między innymi z tego powodu strona społeczna – wszystkie związki zawodowe oraz wszystkie organizacje pracodawców – zwróciła się do Rady Ministrów o wyłączenie na twardo z ustawy Prawo restrukturyzacyjne samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej. Termin odpowiedzi mija w przyszłym miesiącu. W głowie nam się nie mieści, że można traktować SPZOZ jak przedsiębiorców, podobnie jak więzień czy aresztów, ale ludzka wyobraźnia najwyraźniej wymaga pisania wyłącznie wielkimi literami.

Warto odpowiedzieć na pytanie: dlaczego jedna uchwała Sądu Najwyższego jest tak istotna? Z jakiego powodu próba wszczęcia kilku postępowań restrukturyzacyjnych w SPZOZ spośród kilkuset, które funkcjonują w kraju, ma aż takie znaczenie? Wystarczy jedno orzeczenie sądu dla któregokolwiek podmiotu, żeby system dostaw dla szpitali rozsypał się jak domek z kart.

W przypadku gdy chociaż jeden samodzielny publiczny zakład opieki zdrowotnej zostanie uznany za posiadający zdolność restrukturyzacyjną, rynek automatycznie uzna, że wszystkie z nich nie cieszą się korzyściami, które takie podmioty mają. Kredyt kupiecki, opierający się na zaufaniu ostatecznej zapłaty zobowiązań, przestanie funkcjonować. Zadłużonych szpitali nie stać na przedpłaty i windykację rozwiązań przez wierzycieli. Mało tego, wielu dostawców nie stanie do przetargu lub podwyższy ceny, wliczając nowe ryzyko do swojej działalności.

Spór dotyczący restrukturyzacji SPZOZ może wydawać się techniczny. Uchwała Sądu Najwyższego to ważny głos, czekamy na decyzję rządu w sprawie twardego wyłączenia tych podmiotów z katalogu podlegających restrukturyzacji. To wszystko jest jednak dyskusja o objawach, a nie o przyczynach.

Od dwóch lat było jasne, że bezterminowy kryzys finansowy NFZ nastąpi. Od kilku lat kolejne rządy nie są w stanie nawet skierować do prac sejmowych systemowego wsparcia podmiotów leczniczych. Może czas przestać rozmawiać o konsolidacji czy odpowiadać radykalnymi propozycjami na głosy oburzenia opinii publicznej w rozmaitych sprawach. Zamiast tego zastanówmy się, jak przywrócić stabilność finansową systemu.

Wojciech Wiśniewski

Autor jest członkiem Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia i liderem Zespołu ds. Ochrony Zdrowia Polskiego Towarzystwa Gospodarczego

Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026