Pakiet, który miał ratować system
Zamiast rozwiać wątpliwości, konsultacje publiczne ujawniły ich skalę. Pakiet zmian w ochronie zdrowia miał być odpowiedzią na kryzys, ale dziś coraz trudniej rozstrzygnąć, czy rzeczywiście ma naprawiać system, czy przede wszystkim pokazać, że rząd nad nim panuje.

Czy Ministerstwo Zdrowia dotrzyma terminu i Sejm na pierwszym powakacyjnym posiedzeniu zajmie się dwoma projektami ustaw z pakietu naprawczego? Jakie są szanse, że zapowiadane zmiany zostaną uchwalone? Czy podpisze je prezydent? To tylko część pytań i wątpliwości, które przyćmiły proces konsultacji publicznych.
Te zakończyły się w połowie sierpnia. Resort zdrowia nie posłuchał apelu związków zawodowych i organizacji pracodawców. Wnioskowały one o wydłużenie konsultacji o dziewięć dni, z zaplanowanych 21. Argumentowały to nie tylko złożonością materii, ale także okresem urlopowym. Resort zdrowia przekazał negatywną odpowiedź.
14 sierpnia minęło 21 dni konsultacji ostatniego przekazanego do konsultacji projektu. To właśnie w nim zawarto większość przedstawionych propozycji. Wśród nich znalazły się: maksymalna stawka godzinowa w wysokości 240 zł brutto bez względu na formę zatrudnienia, wykluczenie umów kontraktowych opartych na procencie od procedury oraz ograniczenie maksymalnego czasu pracy do wymiaru dwóch etatów.
To ostatnie rozwiązanie ma dotyczyć tylko lekarzy, którzy choćby częściowo pracują w sektorze publicznym. Projekt przewiduje także minimalny wymiar czasu pracy w szpitalnictwie. Lekarz miałby pracować w placówce na pół etatu, a podjęcie nowego zatrudnienia wymagałoby zgody pozostałych pracodawców. Łączny wymiar pracy nie mógłby przekroczyć dwóch etatów.
Naprawczy czy ratunkowy?
Nie ulega żadnej wątpliwości, że projekty z tzw. pakietu naprawczego minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy, jak mało które, wymagały prekonsultacji. Pakietu, co warto zaznaczyć, nie tyle naprawczego, co ratunkowego. Po pierwsze, miał uratować jej posadę. Na przełomie czerwca i lipca była ona mocno niepewna, a dymisja wisiała na włosku. Po drugie, pakiet miał uratować PR rządu i Koalicji Obywatelskiej. Ci zmagali się z „aferą Dawida Kacprzyka” oraz zalewem informacji o innych patologicznych sytuacjach w szpitalach. Dotyczyły one przede wszystkim zarobków i czasu pracy lekarzy.
Premier Donald Tusk żądał „konkretnych rekomendacji” i działań. Nie chodziło jednak o rozwiązanie wszystkich realnych problemów systemu ochrony zdrowia. Te wynikają przede wszystkim z przewlekłego niedofinansowania. Problemem jest także niesprawiedliwa struktura wycen świadczeń, narastające zadłużenie szpitali oraz nieracjonalne gospodarowanie kadrami.
Z perspektywy pacjentów problemy są jeszcze bardziej konkretne. To problematyczna dostępność do świadczeń, kolejki czy ograniczenia, na przykład do programów lekowych. Tymczasem pakiet miał przede wszystkim umożliwić zademonstrowanie sprawczości rządu i uderzyć w te problemy, które najbardziej rażą opinię publiczną. Skąd przekonanie, że prekonsultacje okazałyby się nie tylko błogosławieństwem dla pakietu, ale wręcz kolejnym już ratunkiem?
Z powodu licznych głosów ekspertów. Wskazywali oni, jak bardzo pakiet przypomina pole minowe bez mapy rozmieszczenia ładunków. Zwracali też uwagę na brak rzetelnej oceny skutków wprowadzanych regulacji. Chodzi zarówno o cele, jakie im przyświecają, jak i o ewentualne zagrożenia. Te powinny być „przesłanką zero”, zwłaszcza przy tak szerokim spektrum eksperckich ocen.
Pytania bez końca
Na spotkaniu z mediami zorganizowanym zaraz po przekazaniu projektu przedstawiciele resortu zdrowia, AOTMiT i NFZ zostali dosłownie zasypani pytaniami. Podsumowaniem tej lawiny może być odpowiedź dyrektora Departamentu Lecznictwa: – To trzeba będzie zapewne doprecyzować na dalszym etapie prac. „To” oznaczało jedną z najbardziej niezrozumiałych kwestii – maksymalną stawkę godzinową dla specjalistów.
Dziennikarze usłyszeli, że 240 zł będzie mogło wzrosnąć do 360 zł. Tyle że tylko do wymiaru etatu. Maksymalna stawka za dwa etaty, którą w mediach szermował Donald Tusk („76 tys. zł, nie ma biedy”), ma pozostać bez zmian. Wszystko wydaje się logiczne, jeśli założyć, że 360 zł w wymiarze etatu mieliby zarabiać np. ordynatorzy czy kierownicy klinik.
W ich przypadku etat jest wymiarem umownym, bo zaangażowanie związane z zakresem obowiązków bywa większe. Ale nadzwyczajna stawka może – tak przewiduje projekt – dotyczyć także lekarzy o szczególnych umiejętnościach i kompetencjach. Można więc założyć, że w niektórych specjalizacjach wyższa stawka stanie się normą. Tyle że tylko na „pierwszy etat”? Czy poszukiwany i pożądany specjalista miałby w wymiarze drugiego etatu zarabiać 120 zł za godzinę?
Zarzut braku precyzji można postawić także w innych obszarach. Choćby w kwestii wyjątków od ograniczeń czasu pracy. Dotyczy to zarówno granicy maksymalnej, jak i minimalnego wymiaru. Decyzję w tej sprawie na wniosek szpitala miałby podejmować prezes NFZ. Można założyć, że pozytywne rozpatrzenie wniosku będzie miało moc ratunkową. Chroniłoby oddziały, a może nie tylko je, przed perspektywą zawieszenia, a niekiedy zapewne także zamknięcia. Nietrudno przewidzieć, że w roku wyborczym politycy raczej nie będą skłonni powstrzymywać się przed próbami „ratowania szpitali”.
Nie bez przyczyny prezes Naczelnej Rady Lekarskiej dr n. med. Łukasz Jankowski, prezentując na konferencji prasowej stanowisko Prezydium NRL wobec pakietu zmian, zwracał uwagę na możliwość wykorzystania tych furtek. Mówił o projekcie ustawy o zmianie ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych oraz niektórych innych ustaw. Ustawa, jeśli weszłaby w życie w proponowanym kształcie, może zarówno wywrócić system i bardzo negatywnie wpłynąć na dostępność do świadczeń dla pacjentów, jak i nie zmienić literalnie niczego. Wszystko zależy od tego, czy wykorzystane zostaną w pełni wszystkie przewidziane w niej furtki.
– Projekt przewiduje ich tyle, że wygląda, jakby ustawa miała obejść samą siebie – mówił szef lekarskiego samorządu. Drugą przesłanką była niemal czterogodzinna dyskusja w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia. Tu, według relacji uczestników, powtórzył się schemat ze spotkania z mediami: pytania, pytania, pytania. Niektóre były powtarzane wielokrotnie, ponieważ nie uzyskano na nie wystarczających odpowiedzi.
Cui prodest?
– Mamy wiele wątpliwości co do szeregu furtek, jakie daje przygotowany przez resort zdrowia projekt w kontekście wynagrodzeń i czasu pracy. Dyrektorzy szpitali alarmują, że koszty wynagrodzeń mogą wzrosnąć, a nie spaść. Komu więc to ma służyć? – mówiła po spotkaniu Maria Ochman z NSZZ „Solidarność”. Podkreślała, że na propozycjach MZ nie skorzystają ani szpitale, ani lekarze, ani pacjenci. Poza płatnikiem. Szczególnie zaś prezesem NFZ, którego kompetencje w systemie mają zostać radykalnie wzmocnione.
Trzecia przesłanka to również spotkanie. Tym razem z Radą Organizacji Pacjentów przy Ministrze Zdrowia. Według relacji resortu pacjenci reagowali na przedstawione propozycje ze zrozumieniem graniczącym z entuzjazmem. Nie podzielali obaw ekspertów ani samorządu lekarskiego dotyczących możliwego i prawdopodobnego pogorszenia dostępności do świadczeń. „Pozytywne przyjęcie pakietu zmian w ochronie zdrowia. W Ministerstwie Zdrowia odbyło się spotkanie z Radą Organizacji Pacjentów” – poinformował dzień po spotkaniu resort.
„Łatwiejszy dostęp do świadczeń, lepsze zarządzanie kolejkami, równe traktowanie pacjentów i większa przejrzystość systemu – o tych kierunkach zmian rozmawiano podczas spotkania Rady Organizacji Pacjentów w Ministerstwie Zdrowia” – czytamy w mediach społecznościowych. Resort zapewnia w nich, że rozwiązania zawarte w pakiecie ułatwią dostęp do świadczeń, usprawnią zarządzanie kolejkami, wzmocnią prawa pacjenta i zwiększą przejrzystość systemu.
Założenia i obawy
Co na to pacjenci? – Przedstawione przez Ministerstwo kierunki zmian są warte dalszej dyskusji. Z perspektywy pacjentów istotne są zwłaszcza rozwiązania, które mają wzmocnić dostęp do świadczeń w mniejszych miejscowościach, w tym koncepcja Powiatowych Centrów Zdrowia, oraz dalszy rozwój zakresu usług dostępnych w podstawowej opiece zdrowotnej – oceniła Fundacja MY Pacjenci.
Fundacja podkreśliła, że rzeczywiście w pakiecie pacjenci mogą upatrywać pewnych pozytywów. – Na tym etapie mówimy jednak o kierunkach i założeniach. O rzeczywistej wartości proponowanych zmian zdecyduje sposób ich realizacji.
Już z tych trzech wycinkowych spotkań, przeprowadzonych w ciągu 21 dni konsultacji publicznych, wynika, że projekt jest daleki od precyzji właściwej aktom prawnym. Z którejkolwiek strony patrzeć, pozostaje – jak określiła organizacja pacjentów – w fazie założeń.
Prognozy na niepogodę
A jak widzą to praktycy, czyli szpitale? Naczelna Izba Lekarska zapytała dyrektorów ds. medycznych, lekarzy, o ich ocenę skutków ministerialnych propozycji. Lek. Marcin Karolewski, koordynator Ośrodka Profilaktyki i Strategii Zdrowotnych COBIK NIL, prezentując wyniki ankiety, w której wzięło udział ok. 10 proc. szpitali, podkreślił, że największe obawy budzi regulacja dotycząca minimalnego wymiaru pracy w szpitalnictwie. Będzie to szczególnie trudne dla szpitali powiatowych. Do nich lekarze dojeżdżali na pojedyncze dyżury, również np. na SOR.
Dwie trzecie dyrektorów medycznych obawia się pogorszenia sytuacji szpitali, a aż trzy czwarte – odejścia lekarzy z systemu publicznego. Są obawy, że będą zamykane oddziały, a nawet całe szpitale. Dyrektorzy ocenili, że szczególnie duże problemy kadrowe mogą wystąpić w trzech specjalizacjach: anestezjologii, medycynie ratunkowej i radiologii.
Małgorzata Solecka, dziennikarka portalu Medycyna Praktyczna i miesięcznika „Służba Zdrowia”
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 9/2026