Przed Krajowym Zjazdem Lekarzy. Zdrowie na sztandarach, polityka w kuluarach
Nowa kadencja samorządu lekarskiego upłynie pod znakiem walki z bolączkami, które bezpośrednio rzutują na codzienną pracę lekarzy i lekarzy dentystów – kluczowego ogniwa systemu ochrony zdrowia.

Brak stabilnych warunków do planowania polityki zdrowotnej w długim terminie to efekt wadliwego modelu finansowania – problemem jest zarówno sposób pozyskiwania środków, jak i ich późniejszy rozdział. To jeden z głównych wniosków zawartych w raporcie Think Tanku SGH dla ochrony zdrowia pt. „Nowa architektura finansowania ochrony zdrowia w Polsce. Systemowa diagnoza i rekomendacje eksperckie”, który ujrzał światło dzienne kilka tygodni temu.
Międzyuczelniany zespół ekspertów wskazuje, że system ochrony zdrowia w Polsce „zamiast wspierać zachowania sprzyjające zdrowiu, wzmacniać efektywność świadczeń i budować odporność finansową w zmieniającym się otoczeniu gospodarczym, utrwala nierówności i generuje narastające ryzyka fiskalne”. Autorzy raportu dodają, że sposób finansowania wymaga przeformatowania, ponieważ obecnie jest zorientowany na leczenie chorób, a nie zapobieganie im. Stawką jest zdolność do zapewnienia bezpieczeństwa zdrowotnego obywatelom naszego państwa.
Pod koniec maja 2026 r. ciężar mierzenia się z niedomaganiami systemu spocznie na nowo wybranych władzach Naczelnej Izby Lekarskiej, które przejmą odpowiedzialność za kształtowanie przyszłości samorządu. W X kadencji (lata 2026-2030), podobnie jak wcześniej, z całą pewnością nie będą biernym obserwatorem wydarzeń. Zadaniem nowej Naczelnej Rady Lekarskiej i wyłonionych z jej grona członków Prezydium NRL będzie nie tylko wskazywanie błędów, ale też wywieranie skutecznej presji na decydentów, by rozwiązania wypracowywane przez przedstawicieli izb okręgowych brano pod uwagę i wcielano w życie.
Spektakl zamiast reform
– Mamy do czynienia z udawaniem, że zajmujemy się ochroną zdrowia, udawaniem, że robimy reformę, udawaniem, że teraz minister dostał pełne plenipotencje, żeby naprawić system. Tymczasem politycy odpychają od siebie ochronę zdrowia jak gorący kartofel – powiedział Łukasz Jankowski, prezes NRL, w niedawnym wywiadzie dla „Super Expressu”.
Szef samorządu lekarskiego dodał, że premier Donald Tusk nie jest wystarczająco dobrze poinformowany o tym, co się dzieje w ochronie zdrowia, bo być może jego najbliższe otoczenie nie przekazuje mu pełnej wiedzy o kondycji Narodowego Funduszu Zdrowia. Ubolewał, że niektórzy politycy, zamiast rozwiązywać realne problemy, ukrywają je, a w ostatnich miesiącach w celu odwrócenia od tego uwagi epatowali wysokimi zarobkami nielicznych lekarzy.
W kolejnych miesiącach samorząd musi być wciąż przygotowany na dyskusję na temat wysokości wynagrodzeń, podobnie jak na kontynuację debaty o dopuszczalnej formie zatrudnienia w placówkach medycznych. Tym bardziej że największa partia opozycyjna zapowiada wprowadzenie ścisłego rozdziału publicznej ochrony zdrowia od prywatnej. Zdaniem jej lidera doprowadzi to do uporządkowania struktury płac. Pomysł, by lekarze mogli pracować wyłącznie w jednym sektorze, akceptują zresztą niektórzy politycy z innych ugrupowań.
Pieniądze to nie wszystko
W wartościach nominalnych wydatki na zdrowie rosną – według Głównego Urzędu Statystycznego w 2014 r. było to 107,6 mld zł (środki publiczne odpowiadały za 71 proc. tej kwoty), a w 2024 r. – 293,6 mld zł (z czego 78 proc. pochodziło z wydatków publicznych). To jednak nie przekłada się na realną poprawę funkcjonowania systemu. Co więcej, liczne i zdiagnozowane dawno temu bolączki – takie jak nieadekwatne powiązanie finansowania z efektami zdrowotnymi, niedostosowane do zmian demograficznych, czy traktowanie profilaktyki po macoszemu – pozostają nierozwiązane.
Obecnie składka zdrowotna pokrywa tylko 85 proc. potrzeb NFZ – reszta musi zostać uzupełniona dotacjami z budżetu państwa. Składek nie płaci ponad 20 grup zawodowych. Decyzja o ograniczeniu grup uprzywilejowanych należy do rządu, ale władza unika naruszania status quo, obawiając się społecznego sprzeciwu, jaki mogłoby to wywołać.
Brak wizji czy brak odwagi?
Samorząd lekarski od dawna oferuje – i w najbliższej przyszłości zapewne to się nie zmieni – wsparcie we wdrażaniu zmian i jest otwarty na nowe pomysły dla dobra pacjentów. Ale politycy nie zawsze wsłuchują się w głosy praktyków – ich opinie często giną w korytarzach kancelarii premiera i Ministerstwa Zdrowia czy w sejmowych kuluarach. Nierozstrzygnięte pozostaje pytanie: czy decydentów paraliżuje brak wizji, czy może obawa przed podjęciem radykalnej reformy systemu?
W efekcie potrzeby pacjentów przegrywają z wąsko rozumianym interesem partyjnym, a ochrona zdrowia jest jednym z najgorzej ocenianych obszarów funkcjonowania państwa. Z opublikowanego w kwietniu br. sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski wynika, że ponad 82 proc. Polek i Polaków negatywnie ocenia wpływ koalicji rządzącej na sytuację w tym obszarze. Tylko co dziesiąty uważa, że w ochronie zdrowia dzieje się lepiej, odkąd Donald Tusk powrócił do władzy. Co ważne, krytyczna ocena łączy ankietowanych niezależnie od poglądów politycznych – głębokiego niezadowolenia nie kryją nawet wyborcy ugrupowań tworzących obecną koalicję.
Bezpieczeństwo niejedno ma imię
W nadchodzącej kadencji samorząd będzie konsekwentnie zabiegał o poprawę warunków pracy w publicznej ochronie zdrowia, mimo że wielu lekarzy i lekarzy dentystów zdecydowało się już na przejście do sektora prywatnego. Problemem jest nie tylko różnica w wysokości zarobków. Równie ważne jest obciążenie pracą i nadmierna biurokracja, które napędzają zjawisko wypalenia zawodowego.
Konieczne są też dalsze działania na rzecz poprawy bezpieczeństwa. Z jednej strony chodzi o ograniczenie agresji, w tym zapobieganie sytuacjom, w których pacjenci przekierowują na lekarzy swoją frustrację spowodowaną m.in. niedostatkami systemu, a z drugiej – przekonanie polityków, że klauzula wyższego dobra leży w głęboko pojętym interesie pacjentów, ponieważ tworzy realia oparte na zaufaniu i przejrzystości, a nie strachu przed niezawinionymi błędami.
To, że w ostatnich latach ten postulat przebił się do debaty publicznej, jest sukcesem wielu działaczy samorządu lekarskiego, którzy cierpliwie tłumaczyli jego istotę oraz rozwiewali narosłe wokół niego wątpliwości. – Wprowadzenie systemu no fault przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa pacjentów i medyków. To byłby też przełom w zapobieganiu niedoborom lekarzy, zwłaszcza wśród specjalności zabiegowych, które często są uważane za „pozworodne” – przekonuje Klaudiusz Komor, wiceprezes NRL.
Kontrowersje wokół kształcenia
W ostatnich latach umożliwiono otwieranie kierunków lekarskich licznym uczelniom publicznym i prywatnym, w tym również placówkom o niezwykle skromnym doświadczeniu w kształceniu w zakresie nauk medycznych. W efekcie liczba studentów dość szybko wzrosła. Przedstawiciele izb lekarskich wielokrotnie wyrażali obawy o jakość kształcenia przeddyplomowego i w kolejnej kadencji zapewne nadal będą bacznie przyglądać się tej sprawie. Nie ma jednak pewności, czy ich argumentacja okaże się wystarczająco przekonująca dla decydentów.
Pojawiają się obawy wynikające z szybkiego wzrostu liczby miejsc na kierunku lekarskim – skokowy przyrost absolwentów może doprowadzić do sytuacji, w której coraz częściej będą „łatać” braki kadrowe pojawiające się w innych zawodach medycznych. Zdaniem Damiana Pateckiego, członka Prezydium NRL, już teraz w naszym kraju kształci się praktycznie dwa razy więcej przyszłych lekarzy niż w nieodległej przeszłości, podczas gdy brak pielęgniarek pozostaje wciąż nierozwiązaną kwestią.
W najbliższych miesiącach środowisko czeka batalia o utrzymanie stażu podyplomowego. Pod koniec marca do wykazu prac legislacyjnych Rady Ministrów trafił projekt ustawy o zmianie ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty oraz niektórych innych ustaw, zakładający ograniczenie go do zaledwie sześciu miesięcy. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda przekonuje, że docelowo należy go zlikwidować. Powodem, jak się nietrudno domyślić, są oszczędności. Kilkanaście lat temu identycznego argumentu używała ówczesna szefowa tego resortu Ewa Kopacz, w czasie gdy premierem tak jak teraz był Donald Tusk. Kontrowersyjną decyzję cofnął jeden z jej następców. Czy tym razem będzie podobnie?
Wtórna prywatyzacja
W sposób szczególny samorząd lekarski krytykuje podejście rządzących do publicznej stomatologii, które nie zmienia się od wielu lat. Dysproporcja między nakładami publicznymi na nią a finansowaniem medycyny ogólnej woła o pomstę do nieba. Władze NIL ostrzegają, że uderza to w pacjentów i finalnie prowadzi do wzrostu wydatków w systemie. Zdrowie jamy ustnej ma bowiem wpływ na funkcjonowanie całego organizmu, a próchnica czy choroby dziąseł mogą skutkować poważnymi schorzeniami ogólnoustrojowymi.
Chroniczne niedofinansowanie świadczeń w ramach NFZ sprawia, że coraz mniej gabinetów stomatologicznych decyduje się na podpisywanie kontraktów z płatnikiem. W tym obszarze obserwowane jest zjawisko „wtórnej prywatyzacji”, a dominacja dużych sieci – przed czym przestrzegają działacze izb m.in. z uwagi na ryzyko monopolizacji rynku – staje się coraz bardziej odczuwalna.
W felietonie opublikowanym pół roku temu w „Gazecie Lekarskiej” wiceprezes NRL Paweł Barucha napisał: „Lekarze dentyści, uczelnie medyczne i samorząd zawodowy wielokrotnie przedstawiali gotowe rozwiązania, które mogłyby usprawnić system, jednak nasz głos często pozostaje niezauważony. Decyzje o kluczowym znaczeniu dla praktyki stomatologicznej zapadają bez konsultacji z osobami, które na co dzień mierzą się z problemami pacjentów i organizacji pracy gabinetów”.
Od polityki nie ma ucieczki
Czy X kadencja samorządu przyniesie przełom w kwestiach kluczowych dla środowiska? Trudno o jednoznaczną odpowiedź, gdyż w tej grze najważniejsze karty rozdają politycy – to właśnie oni, a nie lekarze czy lekarze dentyści, wpływają na kształt najważniejszych przepisów. O ile nie dojdzie do przedterminowych wyborów, nowy parlament wybierzemy prawdopodobnie w listopadzie 2027 r. Decyzje podjęte wówczas przez miliony Polek i Polaków zdecydują o składzie większości sejmowej, która wyłoni m.in. szefa rządu, a ten wskaże nazwisko osoby mającej pokierować Ministerstwem Zdrowia.
Obserwując dynamikę debaty publicznej w ostatnich tygodniach, można przypuszczać, że zanim do tego dojdzie, ochrona zdrowia będzie jednym z ważniejszych tematów przyszłorocznej kampanii wyborczej. Stanie się tak nie tylko z uwagi na zamykanie porodówek, ograniczanie finansowania świadczeń przez NFZ czy obawy o restrukturyzację szpitali, ale również ostatnie „skandale zdrowotne” z udziałem znanych polityków rządzącej koalicji.
„Porwaniem karetki w Knurowie” (według portalu zero.pl, dyrektor lecznicy wykorzystał ją do przewozu krewnej jednej z posłanek) i „aferą w szpitalu w Aleksandrowie Kujawskim” (z ustaleń portalu wp.pl wynika, że z pominięciem obowiązujących procedur oraz poza kolejnością wykonano zabieg u członka rodziny jednego z senatorów) żyło wiele mediów. A w internecie, będącym dziś kluczową areną politycznego sporu, wywołało to lawinę negatywnych emocji. – Każda tego typu sprawa zawsze kładzie się cieniem na wizerunek zawodu lekarza – podkreśla Iwona Kania, zastępca rzecznika prasowego NIL.
Między rzeczywistością a propagandą
Czy to oznacza, że za rok będziemy świadkami spektaklu, w którym wytykanie omijania kolejek stanie się głównym narzędziem walki o głosy, a spór na linii rząd–opozycja sprowadzi się do powtarzania, iż obóz władzy nie interesują realne reformy, bo problem kolejek ich nie dotyczy z uwagi na VIP-owski status? Samorząd lekarski z pewnością będzie próbował przekierować debatę na rozmowę o faktach i twardych danych oraz potrzebach zdrowotnych społeczeństwa. Będzie też chciał, by pretendenci do funkcji premiera czy ministra zdrowia przedstawili koncepcję planowanych reform, takich, które nie staną się obietnicami bez pokrycia.
Nie ulega wątpliwości, że zmiany – wprowadzane w sposób stanowczy i konsekwentny – są konieczne, o czym dobitnie świadczą dane NFZ za czwarty kwartał 2025 r. Ze statystyk, do których niedawno dotarł portal rynekzdrowia.pl, wynika, że część pacjentów czeka w horrendalnych kolejkach. Dotyczy to w szczególności poradni wąskospecjalistycznych, jak np. chorób metabolicznych dla dzieci (321 dni) czy neurochirurgicznych (274 dni). Mediana czasu oczekiwania na endoprotezoplastykę stawu kolanowego wyniosła 202 dni, a fizjoterapię ambulatoryjną – 178 dni.
Tasiemcowe kolejki są też m.in. na rezonans magnetyczny czy kolonoskopię. Tymczasem NFZ właśnie w tych obszarach ostatnio szukał oszczędności i 1 kwietnia wprowadził w życie dość bolesne cięcia. Mrożek by tego nie wymyślił.
Mariusz Tomczak
Źródło: „Gazeta Lekarska” nr 5/2026